To był jeden z tygodni kiedy wydawało się, że wszystko, co najgorsze już się wydarzyło. Tylko, że tydzień jeszcze się nie skończył. Dopiero był czwartek. Początek czerwca. Prawie weekend. Jednak wiedziałam, że pomimo niewielkiego prawdopodobieństwa, jeżeli spotkam w weekend jakąkolwiek znajomą mi twarz, to będzie to zdecydowanie za dużo jak na jeden nieznośny tydzień.

Miewam takie momenty, że po prostu muszę gdzieś uciec. Zrobić wszystko, żeby nie oglądać tych samych twarzy, tych samych miesjc, tego samego widoku za oknem, tego samego metra, autobusu.

Nie zawsze mogę uciec gdzieś daleko, ale zawsze, chociaż na chwilę, mogę uciec gdziekolwiek. Tego przeklętego tygodnia padło na Antwerpię. Bilet zarezerwowałam na wczesny poranek(wczesny zważywszy, że w sobotę)tak, żeby jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Całe szczeście, dzięki częstym połączeniom kolejowym z Amsterdamu do Antwerpii jest bardzo łatwo i szybko dojechać.

Amsterdam Centralny we wczesnych, rannych godzinach (okolo 07:00) jest zupełnie do siebie niepodobny. Ani trochę nie przypomina zatłoczonego miasta, w którym roi się przy dworcu centralnym od turystów spacerujących z plecakiami, walizkami, mapami, przewodnikami. W sobotni poranek Amsterdam pogrążony był we śnie po piatkowych imprezach. Była słoneczna, letnia pogoda i czyste, błękitne niebo(czy to na pewno Amsterdam? ) 😉 Było lekkie zamieszanie z pociągami, ale na szczęście mój odjechał planowo. Trochę średnio przygotowałam się do zwiedzania Antwerpii. Na kartce papieru gdzieś w ostatniej chwili tuż przez wyjazdem zanotowałam kilka miejsc, które chciałabym zobaczyć, zupełnie nia mając pojęcia jak do nich dotrzeć. Okazało się, że mini mapa turystyczna w zupełności wystarczyła mi, żeby swobodnie poruszać się po mieście. Wszystkie najważniejsze miejsca rozlokowane są na tyle blisko siebie, że komunikacja miejska jest w tym wypadku zbędna.

Jak tylko wysiadłam z pociągu swoim pięknem zachwyciła mnie stacja kolejowa .

Dworzec Centralny w Anterwpii jest wręcz fenomenalny. To jest jeden z wielu powodów, dla któych warto tu przyjechać. Wybudowany pomiędzy końcem XIX a początkiem XX wieku (otwarcie 1905rok) dzięki swojej niepowtarzalnej spektakularnej architekrurze nazywany jest Kolejową Katedrą.

Dzięki zakupionej mini mapie mogłam w miarę swobodnie iśc dalej i kontynuować swój zachwyt nad miastem w ciepłą, letnią, czerwcową sobotę. Spacerując przez dzielnicę diamentów i podziwiając świecące, bogate wystawy (póki co mogę tylko je podziwiać) zawędrowałam do dzielnicy żydowskiej. Dzielnica ta zpełnie nie wygląda jakby była częścią miasta. Bardziej przypomina ulice przedwojennej Polski. Mężczyźni spacerujący w czarnych płaszczach, futrzanych czapkach, kapeluszach, każdy z brodą i pejsami.

Spacerując po tej dzielnicy można było przenieść się w czasie co poniekąd mi się udało, gdy oczyma wyobraźni namalowałam krajobraz polskich miast z lat 30. Pomimo niesamowitego klimatu tej częsci miasta, czułam się trochę nieswojo. Ze względu też na ograniczoną ilość czasu, udałam się w kierunku centrum miasta.

Po drodze zatrzymałam się w Domu Rubensa, który w Antwerpii się urodził. Muzeum znajduje się z dwóch ulokowanych blisko siebie kamienicach, które niegdyś były własnością mistrza. Niestety pokoje są małe i ciemne i niestety było bardzo tłoczno, a to zawsze utrudnia zwiedzanie. Mimo, że samo muzeum nie zrobiło na mnie piorunującego wrażenia to uwżam, że warto to miejsce zobaczyć i spóbować wczuć się w zaprojektowany XVII wieczny klimat kamienicy.

Dzieła Rubensa oraz innych wielkich artystów, jak Otto Van Veen czy Jacob de Backer, można również podziwiać w Katedrze Najwiętszej Marii Panny, która znajduje się tuż obok rynku i jest jedną z najwyższych sakralnych budynków na świecie (wieża północna liczy 123 m).Na zwiedzanie katedry warto poświęcić więcej uwagi; wspaniałe obrazy, rzeźby, witraże oraz sama architektura, każdy jej najmniejszy szczegół wprawiają w zachwyt.

Rynek Główny (Grote Markt) w Antwerpii, który znajduje się tuż obok wspomnianej wyżej Katedry jest ozdobiony malowniczymi wąskimi kamieniczkami. Najbardziej charakterystyczny jest jednak Ratusz udekorowany flagami wielu państw. Do tego słynna fontanna Barbo nawiązująca do legendy rzymskiego żołnierza Barbo. Legenda głosi, że ów żołnierz wezwał na pojedynek mitycznego giganta zamieszkującego w zamku Het Steen, Druona Antigoona, który żądał zapłaty od żeglarzy przepływających przez rzekę Skaldę. Druon, każdemu kto zapłaty odmawiał, odcinał rękę, dlatego też Barbo zanim zabił giganta, odciął mu rękę i właśnie tą scenę przedstawia fontanna.

Wokół rynku znajduje się też wiele kamerlanych kawiarenek, restauracji a przede wzystkim mnóstwo sklepów, z najlepszą na świecie, belgijską czekoladą.

Znaczną część popołudnia spędziłam spacerując nad rzeką Skaldą, gdzie podziwiałam także XVII wieczną fortecę Steen, panoramę miasta oraz Muzeum Morskie.

Wieczorem wróciłam w okolice Dworca Centralnego i nie mogłam nie odwiedzić chińskiej dzielnicy. Tak już mam, że w jakimkolwiek nie jestem mieście, jezeli tylko znajduje się w nim chińska dzielnica ja muszę tam być. Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam ten specyficzny zapach w chińskich supermarketach, ten często chaotyczny układ na półkach, czy też absolutny jego brak, ten lekki nieporządek, a oraz egzotyczne towary, produkty, herbaty przede wszystkim , oraz chińskie napisy-znaki, które absolutnie nic mi nie mówią.

Intensywny dzień zwiedzania dobiegł końca, a wskazówki nieubłagalnie nakazywały mi iść w stronę dworca. Około 22 wsiadłam do pociągu. Byłam zadowolona z udanej letniej soboty, ale jak to zwykle u mnie bywa, za każdym razem gdy opuszczam jakieś miejsce, dopada mnie ten rodzaj smutku, że być może to było ostatnie spojrzenie na miasto. Nigdy nie lubię tego uczucia powrotu. Mimo, że zawsze obiecuję sobie wrócić do danego miejsca raz jeszcze, prawie nigdy tego nie robię. Wiem, ze do Antwerpii mogę jechać w każdej chwili, nawet teraz, ale wiem też, że zawsze wolę pojechać gdzieś, gdzie jeszcze mnie nie było. Lubię wracać do tych samych miejsc, ale nie lubię wracać do nich sama. Jeżeli już po raz kolejny odwiedzam jakieś miejsce to zawsze jadę tam z kimś lub do kogoś.

Nostalgiczne rozmyślania przerwał mi starszy pan z gitarą, który w Rotterdamie wsiadł do pociągu. Był wysoki, szczupły, na głowie miał jasnobrązowy kapelusz, spod którego wystawały przerzadzające, siwe, długie włosy. Pomyślałam: „będzie grał na rozstrojonej gitarze, bełkotał coś pod nosem i żądał, żeby mu za to płacili”. Zaśpiewał piosenkę Boba Dylana „I shall be released”. Koleś zrobił takie show w pociągu, że ludzie pytali się go czy można znaleźć go gdzieś na youtube, czy ma fanpage na facebooku i co to za piosenka i naprawdę dziękowali mu za ten jeden krótki występ. Normalnie się to nie zdarza, ale każdy pasażer rzucił mu drobne do kapelusza. Zaśpiewał tę piosenkę z takim uczuciem, z życiem i pozytywnym nastawieniem, że wielu wprawił w osłupienie, a przede wszsytkim w świetny nastrój. Ten facet jedną piosenką, genialnym jej wykonaniem sprawił, że w jednym momencie pozbyłam się melancholijnego nastroju. Do samego Amsterdamu jechałam z uśmiechem na twarzy.

Wróciłam do domu tuż przed pierwszą w nocy. Byłam zmęczona, ale szczęśliwa i cholernie wdzięczna nieznajomemu śpiewakowi za to,  że pozwolił mi ten dzień zakończyć w tak dobrym humorze.

Zanim padłam wykończona łóżko zastanawiałam się jeszcze przez chwilę nad tą piosenką i pomyślałam sobie, że jak to dobrze, że jutro znów nowy dzień i znów mogę pójść dokąd tylko zechcę.

2 komentarze

Leave a Comment