Bez pożegnania

Najgorszy jest chyba ten dziwny ucisk gdzieś w środku, trudny do zlokalizowania, chociaż tak bardzo bolesny. I próba powstrzymania łez. Nie lubię płakać. A jeszcze bardziej nie lubię płakać, gdy inni patrzą. Dlatego zawsze staram się robić wszystko, by ukryć i nie zdradzić swojego łamiącego się głosu i robię wszystko, by w tym danym momencie nie mieć szklanych oczu. Jeżeli ktoś już płacze to nie potrafię się powstrzymać, bo w takich sytuacjach płacz jest zaraźliwy niczym ziewanie, ale w sytuacji kiedy wszyscy inni wokół potrafią kontrolować emocje i nie wybuchać płaczem i nie zalewać się łzami to ja też potrafię. Tylko jak już się odwrócę, odejdę kilka kroków dalej nie oglądając się za siebie, kiedy już wsiądę do samolotu, do metra, kiedy wysiądę z samochodu, kiedy już zniknę z horyzontu bliskiej mi osoby, z którą się właśnie pożegnałam już dłużej nie mogę udawać sama przed sobą.

Nieważne w jakich okoliczościach mówimy sobie do widzenia, nieważne, że żegnamy się po udanych wakacjach zabierając ze sobą super wspomnienia, nieważne, że żegnamy się, bo jedziemy realizować marzenia, bo jedziemy w podróż dokoła świata, bo zaczynamy nowy, lepszy etap w życiu, pożegnania zawsze stanowią dla mnie ten najbardziej krytyczny moment, bo nie mają w sobie nawet odrobiny optymizmu.

Nie mam tutaj na myśli pożegnań z perspektywą spotkania za jakiś czas, w niedalekiej przyszłości, ale te, kiedy ma sie przeczucie, świadomość, kiedy intuicja podpowiada, że powrotów nie będzie.

Takie pożegnania są najgorsze, bo mają w sobie pewną nutę dramatyzmu, kiedy czasem w  całej tej rozpaczy i beznadziei wcale już nie próbujemy płakać ukratkiem, nie obchodzi nas, że inni patrzą, kiedy wylewamy morze łez, bo już nie mamy siły, już nie możemy dłużej udawać, że  wcale nie jesteśmy aż tak bardzo poruszeni.

Pamiętam na lotnisku w Kathmandu tuż przed odlotem dziewczynę, która żegnała się ze swoim może chłopakiem, może przyjacielem, w każdym razie kimś dla niej bardzo bliskim. On  był Nepalczykiem, a ona turystką, której być może właśnie skończyła się wiza i musiała wracać. Ta scena pożegnania przed lotniskiem  była cholernie smutna, pełna bólu i rozpaczy, że z jakiegoś powodu ścieżki życia tych dwojga ludzi już dalej się nie łączą, że już kolejny krok zmusza ich do pójścia w przeciwnych kierunkach.

Pamiętam też  moje pożegnania w Stambule.(kto chciałby wiedzieć więcej na temat pewnej osobliwej znajomości zapraszam do przeczytania tekstu: Przypadek czy przeznaczenie?) To dziwne przeczucie, intuicja podpowiadająca, że to już ostatni raz kiedy się widzimy, że powrotów nie będzie. Świadomość, że coś się właśnie skończyło, że termin ważności tego przelotnego poczucia szczęścia był bardzo krótki, że to wszystko wydawało się tak bardzo baznadziejne, bo w istocie takie właśnie było. Najgorszy jest ten charakterystyczny, bolesny ucisk gdzieś w środku i pustka, z którą nie wiadomo co zrobić. Pustka, która nie przemija, która momentami wręcz prześladuje i która chyba zbyt często o sobie przypomina.

Nie lubię pożegnań. Nie lubię podawać ręki, całować się, przytulać ściskać i mówić „do widzenia”, „do zobaczenia”, ale mimo wszystko zawsze to robię. Może dlatego, że myślę sobie, że to tak głupio się nie pożegnać, że nie wypada tak po prostu odejść, jakby dana osoba niewiele dla nas znaczyła, że jednak pożegnanie jest bardzo ważne, po czym usiłuję przekonać samą siebie, że może aż tak bardzo nie zaboli, że może tym razem poczuję się lepiej i tak bardzo chcę uwierzyć w to, że tym razem będzie inaczej, że nie zawsze musi rozgrywać się mały dramat.

Tylko, z drugiej strony, czy nie mniej boleśnie i łatwiej jest po prostu zabrać walizkę i wyjść bez uprzedzenia, bez zbędnych słów, bez żałosnej próby powstrzymania łez, bez nieudanej jak zwykle próby wypowiedzenia sensownego zdania  łamiącym się głosem? Po prostu wyjść i zamknąć za sobą drzwi, nie trzaskając nimi ani nie przekręcając klucza. Wyjść tak, jak wychodzimy na chwilę do sąsiada, tylko na pięć minut, tak jakbyśmy mieli za moment wrócić, tak jak gdyby nic nadzwyczajnego w gruncie rzeczy się nie stało.

No Comments

Leave a Comment