“Trzeba mieć pasję, by nie zwariować w tym szalonym świecie. Z pasją lepiej się żyje, a chwilami pomaga ci przetrwać. Jest jak maska tlenowa”/Ewa Podsiadły-Natorska/

Siedziałyśmy w czwartek z K. w naszym ulubionym Irish Pub przy naszym ulubionym piwie Magners i rozmwiałyśmy o tym jak bardzo dużo zmieniło się w naszym życiu i że właściwie jeszcze parę lat temu nasze życie było, powiedzmy wprost- nudne, a my nie byłyśmy szczęśliwe. Dziś śmiejemy się z tamtego egzystencjalnego kryzysu, a czwartkowa rozmowa przy piwie zainspirowała mnie to podzielenia się z Wami, co wpłynęło na to, że od jakiegoś czasu lubię moje życie bardziej niż kiedykolwiek. Ale od początku…

Lat dziewiętnaście: co ja mam zrobić ze swoim życiem?

Studiowałam politologię. Skłamałabym gdybym napisała, że te studia naprawdę mnie pasjonowały. Nie były nudne (no może poza niektórymi przedmiotami jak np.wprowadzenie do socjologii, jeżeli cierpicie na bezsenność polecam literaturę z tego zakresu), ale też nie wybrałam ich dlatego, bo wiązałam z nimi jakąkolwiek przyszłość. Kiedy po maturze stanęłam przed wyborem kierunku studiów niestety nie należałam do szczęśliwców, którzy od zawsze wiedzą, że chcą być prawnikami, lekarzami czy nauczycielami. Wiedzialam jedynie, że żaden ze mnie matematyczny geniusz i nie dla mnie polibuda ani żadne studia inżynierskie.

Politologię wybrałam, bo kierunek ten najbardziej odpowiadał moim wówczas zainteresowaniom, które skupiały się wokół historii (historia od zawsze była moim ukochanym przedmiotem), społeczeństwa i w jakimś tam stopniu polityki. Ciężko było wybrać mi konkretny kierunek, bo moje zainteresowania nie były szczególnie konkretne dlatego politologia najbardziej wpisywała się w te zagadnienia.

Dziś, patrząc na ten wybór z perspektywy minionego czasu wiem, że studiowanie politologii nie było trafionym pomysłem, ale mając 19 lat nie miałam w ogóle ani koncepcji na siebie ani nie wiedziałam co chcę w życiu robić.

Lat dwadzieścia parę: nadal nie mam pojęcia…

Miałam kilka lat temu okres w życiu, że chodziłam wręcz sfrustrowana. Męczyły mnie wszysktie prace, które wykonywałam, często je zmieniałam, bo naiwnie wierzyłam, że inna praca może mieć pozytywny wpływ na moje samopoczucie. Chodziłam na kursy, przemknęło mi nawet przez myśl, żeby zrobić sobie w międzyczasie magisterkę i w związku z tym pomysłem rozpoczęłam przygotowywania. Jednak problem wciąż był ten sam: we wszystkim co robiłam, ewentualnie chciałam zrobić, nie potrafiłam znaleźć głębszego sensu. Uczyłam się holenderskiego, ale był to dla mnie bardziej obowiązek niż przyjemność (mówiłam Wam już, że nienawidzę tego języka?), chodziłam na kurs przygotowawczy do CAE, żeby móc składać dokumenty na studia, ale też nie byłam co do tego w 100% przekonana (ostatecznie magisterki nie zrobiłam jeszcze).

Minęło sporo czasu i przebrnęłam przez sporo prac znaim zrozumiałam, że problemem nie jest rodzaj pracy jaką wynokuję, ale praca w ogóle. Nie jest łatwo siedzieć po 8 godzin w pracy (jakiejkolwiek) i robić coś, co kompletnie nie daje satysfakcji, kiedy pracuje się tylko po to, żeby przeżyć, zapłacić rachunki, wydać na drobne przyjemności.

Każdy powie: zmień pracę, zacznij robić to, co lubisz, przekwalifikuj się itd. Owszem, tylko, że mój problem przez długi czas polegał na tym, że wciąż nie wiedziałam co ja chcę w życiu robić.

I wierzcie mi: tak bardzo chciałam coś zmienić, miałam tysiące pomysłów na siebie, ale do żadnego nie byłam do końca przekonana i dlatego wszystkie wcześniej czy później porzucałam zanim na dobre zaczęłam przygotowania.

No dobra, nazwijmy rzeczy po imieniu: nie miałam konkretnego celu w życiu, a życie w Holandii wcale nie ułatwiało mi odnalezienia go, wręcz przeciwnie. Holandia w pewnym momencie (po kilku latach) mnie przytłoczyła i oderbrała mi chęć do robienia czegokolwiek.

Lat dwadzieścia siedem: potrzebuję pomocy, albo dlaczego założyłam bloga?

Założyłam tego bloga, bo chciałam mieć jakąś odskocznię od pracy, która mnie wręcz dobijała. Kiedy zakładałam tego bloga obiecałam sobie, że nie będzie to kolejna efemeryda, która zniknie z przestrzeni internetowanej (jak moje dwa wcześniejsze blogi) przy pierwszym lepszym kryzysie i braku motywacji. W momencie powstania tego bloga nie miałam tak naprawdę na niego pomysłu. Chciałam pisać, ale nie wiedziałam za bardzo o czym, co z resztą widać po początkowych postach. Oczywiście przechodziło mi na początku przez myśl pozbycie się go, bo nie miałam czasu na pisanie, bo dopadł mnie kryzys motywacyjny itd. Wiecie, że kiedy dopada kryzys wtedy wymyśla się najgłupsze powody, wymówki i usprawiedliwienia. Cieszę się, że udało mi się to przezwyciężyć i blog przetrwał, bo dziś nie wyobrażam sobie, że mogłabym go porzucić.

Minęło trochę czasu zanim zrozumiałam że ja najbardziej lubię pisać o podrożowaniu, bo to najbardziej kocham, a szczególnie o podróżowaniu po Turcji, bo Turcja, obok bloga, to moja największa pasja, bez której nie wyobrażam sobie życia.

Do Turcji zaprowadziła mnie niekończąca się fascynacja historią i czytanie książek, bo dzięki temu przeglądając dział historyczny w księgarni natrafiłam na biografię Atatürka. Biografia Atatürka i pasja podrózowania zaprowadziły mnie do Stambułu, a dalszą historię już znacie 🙂

Lat dwadzieścia osiem: życie jest piękne

Co się od tego momentu zmieniło w moim życiu?

Wcześniej nie potrafiłam odnaleźć spokoju. Zbyt często irytowały mnie drobne rzeczy, zbyt często przejmowałam się tym, co dzieje się wokół mnie, zaśmiecałam umysł rzeczami, na które i tak nie miałam wpływu i pomimo świadomości, że niektórych syuacji nie jestem w stanie zmienić nie potrafiłam przejść obok nich obojętnie.

Dziś nie mam czasu na zamartwianie się pierdołami, problemami świata, głupotami i sytuacjami, które bezpośrednio mnie nie dotyczą. Skupiam się tylko na sobie i na tym, co naprawdę kocham, bo w końcu wiem co chcę w życiu robić i w jakim kierunku chcę iść.

Dzięki temu, już nie chodzę sfrustrowana do pracy. Nie znaczy to, że nagle polubiłam moją pracę, ale po prostu zmieniłam nastawienie. Niby nic wielkiego, ale wcześniej nie przychodziło mi to tak łatwo, bo chodziłam do znienawidzonej pracy, a życie skupiało się na odliczaniu dni do kolejnego urlopu. Byłam szczęśliwa tylko wtedy, kiedy byłam na wakacjach, powrót do Holandii kończył się zawsze przygnębieniem.

Wracałam i wiedziałam, że znów będę w kółko powtarzać ten sam schemat. Stale miałam poczucie takiej wewnętrznej pustki.

Blog i Turcja wypełniły tę pustkę, która momentami była ciężkostrawna.

Uświadomiłam sobie dzięki temu jak bardzo jakościowo życie staje się lepsze kiedy poświęcamy się czmuś, co naprawdę kochamy.

Wtedy też znacznie łatwiej jest znosić pewne sytuacje, pewne rzeczy.

Jak rzekł Nicholas Sparks: “Pasja i zadowolenie idą ze sobą w parze, a bez nich każde szczęście jest chwilowe, nie ma bowiem bodźca który by je podtrzymywał”

Wprawdzie nadal muszę wykonywać nielubianą pracę, ale patrzę to zupełnie inaczej. Mam konkretny cel i na nim się skupiam i do niego dążę, a cała reszta to tylko etap przejściowy, przystanek, który jest konieczny do realizowania pasji i realizowania marzeń.

No Comments

Dodaj komentarz