W Brukseli byłam pierwszy raz pięć lat temu. Na dodatek było to w nocy, z piątku na sobotę. Zmęczona, po całym tygodniu pracy wsiadłam w pociąg, by w stolicy Unii Europejskiej spotkać się ze znajomymi. Z tamtego wypadu pamiętam jedynie pięknie oświetlone budynki na Wielkim Placu (Grote Markt), spacer gdzieś w okolicach centrum, dobre piwo i to, że nad ranem, na wpół śpiąca, wsiadłam w powrtony pociąg do Amsterdamu.

Wycieczka z Amsterdamu do Brukseli nie kosztuje dużo. Czasem bilet można dostać za około 50 euro, czasem i taniej. Korzystając ostatnio z takiej okazji postanowiłam ujrzeć Brukselę raz jeszcze, tym razem w świetle dnia.

Pierwsze spotkanie z miastem po latach

Bilet zarezerwowałam na sobotę na 7:50 (tak, miewam czasami takie głupie pomysły). Na miejscu byłam około godziny 11:20. Nie miałam szczególnie konkretnego planu wycieczki. Odpuściłam sobie zwiedzanie muzeów i galerii gdyż 6 godzin to trochę mało, a ja nie lubię iść do muzeum i co chwilę spoglądać na zegarek czy aby na pewno nie muszę już wychodzić i czy zdąże zobaczyć jeszcze inne miejsca, które mam w planie. Skupiłam się na bardziej na archiktekturze, na spacerowaniu po mieście, żeby chociaż trochę spróbować wtopić się w jego klimat.

Jak tylko wyszłam ze stacji natkęnłam się na dwóch panów, ubranych w łachmany. Siedzili tuż przed centralnym i zbierali podobno na chleb. Kilka kroków dalej ten sam obraz. Przedzieram się przez zatłoczone chodniki, zawalone stolikami z pobliskich restauracji. Pomiędzy stolikami spaceruje pani z kubeczkiem, koleżanka tych zbierających na chleb, potrząsa kubeczkiem nad głowami gości i przechodniów i prosi o drobne na jedzenie. Potrząsa kubeczkiem tuż obok mojego ucha. Totalnie ją ignoruę. Zanim dotarłam do Grote Markt spotkałam jeszcze kilku podobnych. Kiedy później usiadłam gdzieś w kawiarni, żeby chociaż trochę obudzić się dobrą kawą (podróże pociągiem działają na mnie jak środek nasenny) jeszcze nie zdążyłam dobrze zająć miejsca już jakiś włóczęga podszedł do mnie i z wyciągniętą brudną dłonią błagał o chociażby 50 centów. Na szczęście został grzecznie wyproszony przez obługę. I tak ci wszyscy żebracy pałętali się i przeplatali podczas mojej wycieczki przez cały dzień. Odniosłam wrażenie, że jest to jakaś brukselska plaga, gdzie nie spojrzysz to kubeczki, łachmany i błagania o drobne. Z jednej strony nie chcę pochopnie wyciągać wniosków, bo byłam tam tylko jeden dzień, jednak z drugiej strony nie wydaje mi się, żeby to natrętne żebractwo było jakąś jednorazową akcją.

Grote Markt w świetle dnia

 

Grote Markt w Brukseli to miejsce, które zdecydowanie trzeba zobaczyć. Architektura Wielkiego Placu jest naprawdę imponująca, robi ogromne wrażenie. Jest przepiękna, złota, królewska. Rynek ten uważany jest, jak najbardziej słusznie, za jeden z najpiękniejszych w Europie. W 1998 roku został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nie miałam niestety na tyle czasu, żeby wieczorem raz jeszcze rzucić spojrzenie na oświetlony Grote Markt, który nocą wylgąda jeszcze piękniej i robi jeszcze większe wrażenie, ale cóż, może innym razem.

Manneken Pis, czyli siusiający chłopiec

O siusiającym chłopcu jest kilka legend. Każda z nich podkreśla zasługi i tłumaczy dlaczego siusiający chłopiec jest tak ważny, że aż stał się symbolem miasta. Fontanna znajduje się niedaleko Grote Markt, jednak wcale nie tak łatwo było się przedostać, by zobaczyć „wielki” zabytek w całej okazałości. Jak tylko skręciłam w ulicę na której znajduje się symbol, już z daleka słychać było krzyczącego przewonika, który wymieniał kolejne legendy. Z trudem udało zrobić mi się zdjęcie, musiałam się trochę nagimnastykować, bo turyści zapatrzeni w siusiającego chłopca wcale nie chcieli ustąpić, chociaż mówiąc szczerze nie wiem co takiego zachwycającego jest w tej fontannie. Nie jest ani ładna, ani ciekawa i w rzeczywistości jest dużo mniejsza niż wydaje się na zdjęciach. Nic specjalnego, ale w końcu to wielki symbol miasta więc stąd to całe zamieszanie.

Dzielnica Europejska

Nie mogłam nie odwiedzić tzw. Dzielnicy Europejskiej, gdzię znajdują się siedziby ważnych instytucji Unii Europejskiej. Nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, ale uznałam, że z centrum pójdę tam pieszo. To był trochę głupi pomysł, bo szłam 6 km w jedną stronę i o ile początek trasy był całkiem ciekawy, bo zahaczyłam o Koningsplein, przespacerowałam się po największym parku miejskim miasta (Warandepark), to niestety pod koniec szłam po bardzo nudnej ulicy Belliarstraat, gdzie znajdowały się same biurowce i zupełnie nie było na co popatrzeć. Szukałam po drodze jakiegoś przystanku, ale jak na złość na tej trasie nie było nic. Chyba, że coś przegapiłam. Pomimo, że trochę już bolały mnie nogi to drogę powrotną też zdecydowałam się przejść pieszo. Dostałam jakiegoś nagłego przypływu energii i dużo łatwiej i przyjemniej spacerowało mi się w drodze powrotnej i jakaś krótsza mi sę ta trasa wydawała niż na początku (to chyba były już objawy zmęczenia) 😉

Spacer ulicami Brukseli

Kilka ostatnich godzin tuż przed odjazdem poświęciłam na spacerownaiu gdzieś w okolicach centrum miasta, smakowaniu belgijskiego piwa i najlepszej czekolady na świecie. Lubię odwiedzać sklepy z czekoladą, bo mają ich naprawdę tysiące róznych rodzajów, a sposób w jaki są prezentowane jest bardzo kuszący i naprawdę aż miło popatrzeć. Ceny są już mniej atrakcyjne, bo najzwyklejsza belgijska czekolada kosztuje około 3 euro, ale te z lepszej półki, ładniej zapakowane i z niestandardowej foremki już nieraz kosztują około 20 euro.

Pomimo, że nie jestem fanem piwa i bardzo rzadko zdarza mi się po nie sięgać, to belgijskie po prostu uwielbiem. Za każdym razem kiedy jestem w Belgii rytuałem jest jedno, dwa, trzy (czasem cztery 🙂 ) piwa.(jak kiedyś będziecie to koniecznie spróbujcie!)

Jest w Brukseli kilka ciekawych, zabytkowych budynków, ładnych, spojoknych parków, całkiem sporo pominków, podobno jest kilka dobrych muzeów, ale nie byłam więc się nie wypowiadam w tej kwestii.

Jeden dzień to wpradzie niewiele, ale jeżeli chodzi o moje wrażenia i odczucia w stosunku do tego miasta to są trochę mieszane. Bruksela nie jest brzydkim miastem, ale nie urzekła mnie, nie zachwyciła (wyjątkiem jest Grote Markt) i nie powaliła na kolana. Nie śni mi się po nocach i nie wzdycham z utęsknieniem podczas przeglądania zdjęć.

Dla porównania Antwerpia jest dużo ładniejsza i ciekawsza, ale ja i tak bardzo zachęcam do odwiedzenia stolicy Belgii, bo pomimo, ze mnie nie szczególnie zachwyciła to przecież niejeden z Was mógłby się z niej zakochać.

3 komentarze

  • Ewelina Gac 4 maja 2016 at 09:18

    Jeśli poniesie mnie do Brukseli z pewnością tu wrócę. Ps. Bardzo trafione w sedno, że również w tzw. Wielkim Świecie możemy napotkać żebraków. Jakoś przewodniki często o tym milczą 🙂 pozdrawiam!

    Reply
    • malvibee 4 maja 2016 at 09:25

      Dziękuję! Powiem szczerze, że byłam tym faktem nieco zaskoczona, bo żebraków było tam naprawdę sporo, ale cóż każde miasto ma swoje szczególne „uroki” 😉 pozdrawiam!

      Reply
  • Podsumowanie podróży w 2016 roku – malvibee 30 grudnia 2016 at 09:31

    […] Jakoś pod koniec kwietnia przytłoczona tymi wydarzeniami i niekończącym się remontem pojechałam w któryś weekend do Brukseli, żdeby po prostu popatrzeć na coś innego. O Brukseli pisałam tutaj. […]

    Reply

Leave a Comment