Niedziela. 10:00 rano. Ulice pachną świeżym praniem. Ciuchy rozwieszone są wszędzie. Na balkonach, przy oknach, przy drzwiach, sznurki rozciągają się pomiędzy domami, tuż nad ulicą. Dobrze, że nie przejeżdża tędy zbyt dużo samochodów (a przynajmniej dzisiaj nie ma ruchu) Nie tylko ze względu na spaliny, ale też dzięki temu dzieci mogą beztrosko bawić się na ulicy. Najmłodsi fani Beşiktaşu.

W ogóle nie czuję zimowej atmosfery. Czuję jakby właśnie zaczynała się wiosna. Pomimo że jest początek grudnia, jest 20 stopni. Żałuję, że zabrałam ze sobą kurtkę, Teraz muszę ją nosić, co nie ułatwia mi zwiedzania, szczególnie, że co chwilę spaceruję góra-dół, góra-dół (tak się właśnie zwiedza Stambuł) Poza tym dodatkowy balast nie ułatwia mi fotografowania.

A ciężko powstrzymać się od nie używania aparatu kiedy spaceruje się po tej kolorowej i tak innej części miasta.

Balat i Fener, część konserwatywnej dzielnicy Fatih. Nie znajdują się wcale daleko od turystycznej części Stambułu, a wciąż nie są wśród turystów szczególnie spopularyzowane ( Z Eminonu to zaledwie 4 krótkie przystanki autobusem).

Sama z resztą dowiedziałam się o tym miejscu od mojej znajomej Turczynki, która, znając moje eskapady po stambulskich przedmieściach i wiochach, zrobiła wielkie oczy kiedy dowiedziała się, że ja do tej pory nie odkryłam jeszcze Balatu.

“No ale jak to, Malwina? Przecież to jest ulubnione miejsce blogerów i fotografów! Na pewno ci się spodoba. Tam jest prawdziwa Turcja.

To miejsce totalnie mnie pochłonęło.

Byłam tak podekscytowana, że wcale nie czułam głodu chociaż szwendałam się już od kilku dobrych godzin. Co rusz gubiłam się pomiędzy kolorowymi budynkami, starymi, rozpadającymi się domami, tymi jeszcze z czasów Imperium Osmańskiego. Bezczelnie przypatrywałam się mieszkańcom kolorowych osiedli, starałam się uchwycić jak najwięcej momentów, natarczywie fotografowałam, bo tak bardzo podobało mi się tutejsze życie lokalnej społeczności.

Gdyby nie fakt, że padła mi bateria w aparacie, chociaż rano była prawie pełna i gdyby nie to, że mój telefon też był na skraju wyczerpania i w końcu gdyby nie to, że zaczęłam odczuwać lekki ból w nogach chyba bym stamtąd nie wróciła, bo wierzcie mi te kolorowe domy i labityny ulic cholernie wciągają.

 

Kiedy ktoś pyta mnie za co najbardziej kocham Stambuł to zawsze odpowiadam: bo to jest miasto kontrastów. Miasto, w którym przemieszczając się z jednej dzielnicy do drugiej masz wrażenie, że jesteś w zupełnie różnych miastach, w zupełnie różnych światach. I chociaż to ogromna 15 milionowa metropolia to wcale nie trzeba jechać z jednego końca miasta na drugi, żeby dostrzeć to zróznicowanie. Wystarczy krótki spacer i oczy szeroko otwarte.

No Comments

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.