Kiedyś wyjazd za granicę był wielkim wydarzeniem, nie mówiąc już o locie samolotem. Moja babcia, która w latach osiemdziesiątych poleciała na zaproszenie swojej córki do Australii wspominała tę podróż z wielkim sentymentem całe swoje życie, bo nie dość, że w tamtych czasach miała okazję polecieć samolotem, to jeszcze do Australii! To było wielkie wydarzenie w naszej małomiasteczkowej społeczności.

W dzisiejszych czasach latanie nikogo nie dziwi. Już mało kto emocjonuje się tym, że ktoś wrzuca w social mediach fotki z dalekich krajów albo prowadzi bloga o tym jak porzucił swoje nudne życie i nudną pracę i z dolarem w kieszeni pojechał w podróż dookoła świata (cokolwiek podróż dookoła świata znaczy).

Jest to zdecydowanie wielki plus naszych czasów, że podróżowanie stało się tak łatwo dostępne i powszechne i nie jest już tylko luksusem, czymś bardzo ekskluzywnym, na co mogą pozwolić sobie tylko wyższe sfery. Podróżować możemy dziś wszyscy, wystarczy nam skyscanner i konto na couchsurfingu, a świat stoi dla nas otworem.

Jak mówi sam tytuł, ja jednak najtańszej formy podróżowania nie lubię i jej nie ptraktykuję. Chociaż na moje konto nie wpływa co miesiąc imponująca kwota, która pozwala mi nie zwracać uwagi na koszty to jednak jeśli ogranizuję sobie gdzieś wyjazd to wydaję w tym celu nieco więcej niż typowy „podróżnik-backpaker”. Nie znaczy to bynajmniej, że śpię w pięciogwiazdkowych hotelach i latam w biznesklasie, ale unikam zdecydowanie tanich linii lotniczych, couchsufringu czy hosteli. Dlaczego?

Tanie linie lotnicze

Wcale nie są takie tanie na jakie się promują. Owszem ceny są zdecydowanie atrakcyjniejsze jeśli porównamy je z renomowanymi liniami lotniczymi, ale tanie linie mają pewne wady, które totalnie zniechęcają mnie do korzystania z ich usług.

Tanie linie są tanie tylko wtedy jeżeli zarezerwuje się bilet z dużo większym wyprzedzeniem i tylko jeśli podróżuje się z bagażem podręcznym, którego wymiary w tanich liniach ograniczone są do minimum z minimum. Przykładowo w Wizzair darmowy bagaż podręczny to sueprmini walizka (42x-32x25cm), za większy (który w normalnych liniach lotniczych jest standardem) tutaj już trzeba zapłacić ekstra.

Kiedyś zrobiłam zakupy w duty free przez co miałam reklamówkę plus mój mały podręczny bagaż. Obsługa Ryanaira kazała mi zrobić z tego jeden podręczny bagaż, bo plecak i reklamówka to już dwa, a to wiąże się z dodatkowymi kosztami(całe szczęscie miałam miejsce w plecaku, ale takie praktyki są dla mnie żałosne). No i oczywiście nie można wozić laptopa osobno. Wszystko musi być upchnięte w jeden mini bagaż. A jeśli chcemy kupić bagaż rejestrowany to na przykład w Ryanair bagaż do 15 kg kosztuje 25 euro! (w jedną stronę oczywiście).

Jednak to co znacznie bardziej denerwuje mnie w tanich liniach to ich polityka wobec klientów.

Jeżeli nie wykupi się dodatkowego ubezpieczenia to w razie jakichkolwiek nadzwyczajnych sytuacji jak awaryjne lądowanie czy anulowanie lotów zostaje się na lodzie. Tanie linie mają nas w dupie. Co jest oczywiście zgodne z ich regulaminem, bo na tym polega ich cała idea taniego latania, a idea ludzi chcących latać tanio polega na tym, żeby wydać jak najmniej dlatego mało kto wykupuje sobie dodatkowe ubezpieczenie na lot. I tak, kiedy ostatnio Ryanair awaryjnie wylądował w Berlinie zamaist w docelowym Wrocławiu zrobiła się wielka afera, że pasażerowie musieli na własną rękę dostać się do Wrocławia (a wszystko było zgodne z regulaminem przewoźnika).

Poza tym kolejna niedawna afera z Ryanairem w roli głównej, który odwołał setki lotów tłumacząc się tym, że pracownicy musieli odebrać swoje zaległe urlopy przez co mają niewystarczającą ilość załogi, żeby zrealizować wszystkie planowane kursy. Wrpawdzie zapronowali sfrustrowanym pasażerom vouchery i wprawdzie można dostać zwrot kosztów za anulowany lot, ale niezmiania to faktu, że Ryanair, swoim godnym pożałowania zarządzaniem, zruinował tysiącom pasażerów urlopy.

Dodatkowo nie lubię tego, że trzeba ekstra płacić, żeby zarezerować sobie siedzenie, że trzeba ekstra płacić za to, żeby odprawić się na lotnisku. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach nie jest żadnym problemem zrobić online check-in, ale nie uważam też, że problemem jest dostać kartę pokładową na lotnisku. Dla tanich linii jest, bo niektóre liczą sobie za tą usługę aż 50 euro.(ale w końcu na tym oni zarabiają, na niewiedzy i ignorancji pasażerów). Chociaż i tak większość lotnisk posiada już automaty, gdzie sam robisz check-in, ale dużo małych lotnisk takiej opcji jeszcze nie oferuje, a przecież tanie linie głównie operują na małych lotniskach.

Jeżeli podliczę sobie wszystkie koszty i niedogodnosci związane z tanim lataniem to wcale nie wydaję więcej podróżując Turkish Airines czy Lufthansą, a komfort podróży jest nieporównywalnie większy i w razie jakichkolwiek sytuacji wyjątkowych, odwołanych lotów czy awaryjnych lądowań nie muszę sfrustrowana pisać setek e-maili do przewoźnika i wylewać swoją frustracje w social mediach, wypisywać o tym jak mnie oszukano albo jak zaciekle walczę o zwrot kosztów i mimo że zgdonie z ustawą mi się należą, to jakoś nikt nie spieszy się z ich wypłatą.

Renomowane linie dbają o swoich pasażerów. Tanie linie mają to w dupie.

Tanie nocowanie

Mam trochę doświadczeń jeśli chodzi o różnego rodzaju noclegi w czasie podróży. Moim domem przez prawie pół roku była w Australii przyczepa kampingowa. W Nowej Zeladnii spałam w najtańszych hostelach, w Nepalu w obskurnych hotelach z karaluchami, koczowałam też raz przez tydzień pod namiotem i kilka razy zdarzyło mi się nocować w samochodzie. Wszystkie te przygody po czasie wspominam z uśmiechem na twarzy. To są fajne przeżycia i jest w tym dużo frajdy, ale tylko wtedy kiedy jest się młodym albo kiedy trwa to zaledwie dwa, maksimum trzy dni, ewentualnie wtedy kiedy jest się w takich miejscach z ludźmi, których się kocha, którzy są naszymi przyjaciółmi i z którymi zawsze świetnie się bawimy niezależnie od okoliczności.

Ale!

Już nie zawsze można czuć się świetnie kiedy po raz kolejny czeka się w kolejce do prysznica, z którego oczywiście leci tylko zimna woda, a pogoda przy tym nie rozpieszcza, albo kiedy wody nie ma w ogóle z powodu jakiejś bliżej nieokreślonej awarii, albo kiedy nasz hostelowy wspólokator całymi nocami chrapie i żadne stopery nie są w stanie zagłuszyć tego hałasu, albo kiedy snuje się nocami nie wiadomo za czym, albo kiedy ma się już dość przebierania się w namiocie i niewygodnego spania i chodzenia z latarką do kibla.

Kiedyś mi to tak wszystko nie przeszkadzało, ale kiedyś byłam młodsza i takie rzeczy były dla mnie formą rozrywki, nowym doświadczeniem, o kórym mogę teraz poopowiadać.

Dziś jednak zamiast korzystać z couchsurfingu albo tanich hosteli zdecydowanie wolę zarezerwować sobie hotel. Nie musi mieć gwiazdek, nie musi mieć wliczonego śniadania, nie musi być w centrum miasta, ale ja muszę mieć moją prywatność. Lubię po intensywntm dniu zdwiedznia wrócić do hotelu i mieć święty spokój i robić co mi się tylko podoba. Mieć prywatną łazienkę, nie czekać w kolejce do prysznica czy do toalety. Takie minimum komfortu, które pozwala mi się zrelaksować i naprawdę odpocząć.

Dla mnie podróż, urlop, zwiedzanie nowego miejsca, jakkolwiek by tego nie nazwać ma być przyjemnością. A na przyjemność składają się nie tylko doznania i ekscytacja związana z odkrywaniem nowego miejsca, ale także komfort samej podróży.

Być może gdybym zaczęła latać tanimi liniami i korzystała z najtańszej opcji noclegów, zaoszczędziłabym więcej i dzięki temu więcej zwiedziła. Cóż, nie mam na koncie 30 zwiedzonych krajów, ba! nie mam nawet 20! By może przez to w oczach co poniekórych jestem co najwyżej na równi z kurortowym turystą, który marzy jedynie o wygodnym leżaku i drinku z palemką (czego wcale nie krytykuję, każdy spędza swój wolny czas jak lubi).

Być może cała idea podróżowania sprowadza się, według niektórych, jedynie do jak największej liczby odwiedzonych miejsc jak najtańszym kosztem, może tu chodzi o to, żeby pokazać, że można za darmo przejechać pół świata. Pewnie, że można, ale ja chyba już z tego wyrosłam, bo dla mnie bardziej od ilości liczy się jakość, a jak wiadomo, jakość kosztuje.

2 komentarze

  • Dorota Dorkita 5 października 2017 at 15:12

    Z tymi „tanimi liniami” to prawda. Rzucą w sieci tania ofertę a potem jak idziesz w nią dalej to doliczają ci kolejne koszty. Możesz się bez nich objeść ale nie zawsze się da. Ja zawsze latam easyjetem. Kłopotów z nim nigdy nie miałam ale nie powiem, że zawsze jest tanio. Potrzebuję ze sobą dużej 20 kg walizki, za którą muszę dopłacać nawet 40€ . Jak coś jest z pozoru tanie tzn, że odbije sobie na czymś innym. Wszędzie działa tzw zasada „na jedno wychodzi”. A mieć coś naprawdę tanio i jeszcze komfort to pokonać ta zasadę, na co jest mało okazji. Znam osoby co wolą zapłacić więcej ale mieć większy komfort i jak piszesz, prywatność w której po ciężkiej podróży mogą odpocząć i czuć się jak u siebie. Niektóre osoby nie wyobrażają sobie wspólnej łazienki czy prysznica na dworze. Muszą mieć pokój z własną łazienką i kiblem. Szczerze, ja też wolę. Bo tylko tak można załatwić swoje potrzeby w spokoju, w czystości, nie musisz czekać na zwolnienie i nikt cię (oprócz partnera :P) nie pogania. Jeśli na hotel nie stać to polecam normalne, dobrej jakości hostele w których dbają o gościa.

    Reply
    • Malwina Blicharz 5 października 2017 at 22:28

      Dokładnie i wcale nie trzeba wydawać nie wiadomo ile setek euro, żeby mieć wygodny nocleg i minimum prywatności. Oczywiście są osoby, którym nie przeszkadzają spartańskie warunki noclegowe i ja to w zupełności rozumiem, bo sama kiedyś uprawiałam taki styl podróżowania(za czasów mojej młodości ;)), ale nie rozumiem ludzi, którzy wybierają najtańszą opcję, a później narzekają, że im było niewygodnie, a takich osób jest niestety całkiem sporo.

      Reply

Leave a Comment