Holenderski rynek nieruchomości oszalał. Aktualnie oprocentowanie kredytu hipotecznego w Holandii jest rekordowo niskie (około 2%, a podobno ma być jeszcze niższe) w związku z czym na dzień dzisiejszy kupno mieszkania teoretycznie bardziej opłaca się niż wynajem, gdyż przy tak niskim oprocentowaniu miesięczne raty kredytu hipotecznego są niższe niż czynsz za wynajem.

Mieszkańcy Holandii masowo rzucili się rynek nieruchomości, wszyscy pragną mieć swoje własne M. Mieszkania znikaja z rynku niczym świeże, ciepłe kajzerki. Ludzie są tak zdereminowani żeby kupić nieruchomość, że kiedy w normalnych sytuacjach przy negocjacji cen starasz się targować z jak najlepszą dla ciebie korzyścią, aktualnie w Holandii ludzie przekrzykują się kto da więcej i proponują wyższą cenę niż cena wyjściowa, byle tylko dostać wymarzone mieszkanie.

Banki zacierają ręce i jak kiedyś było naprawdę ciężko dostać kredyt hipoteczny, tak teraz praktycznie udzielany jest każdemu kto tylko zapragnie stać się posiadczem nieruchomości (mam na myśli tutaj fakt, że wymagania są znacznie mniej restrykcyjne niż kilka lat temu jeśli chodzi o pracowników tymczasowych, pracujących przez agencję pracy czy też mających umowę na czas określony).

Wszyscy zainteresowani kupnem nieruchomości powtarzają te same argumenty:

a) wynajem to wyrzucanie pieniędzy w błoto, tak czy tak muszę gdzieś mieszkać, a jeśli wynajmuję i płacę czynsz to nic z tego nie mam, a spłacając hipotekę przynajmniej mam świadomość, że płacę na “swoje”

b) traktuję kupno mieszkania jako inwestycję w przyszłość, nawet jeśli nie będę chciał tam mieszkać to zawsze mogę je komuś wynająć, ewentualnie w przyszłości sprzedać i jeszcze na tym zarobić

c) przy tak niskim oprocentowaniu nie opłaca dłużej wynajmować, bo wynajem jest znacznie droższy, kupię mieszkanie pod hipotekę, będę płacił niskie raty i jeszcze na tym więcej zaoszczędzę.

Przyznam szczerze, że sama kilka miesięcy temu zastanawiałam się nad kupnem mieszkania w Amsterdamie i te powyższe argumenty wydawały się brzmieć dla mnie całkiem sensownie. Chociaż nigdy wcześniej taki pomysł nie przyszedł mi na myśl to kilka ostatnich wydarzeń sprawiło, że zaczęłam brać pod uwagę decyzję o wejściu w długoterminową (30-letnią) relację z bankiem. Byłam trochę zmęczona wynajmowaniem, dzieleniem z kimś mieszkania, znajomymi stale odwiedzającymi moją wspólokatorkę, jej byłym facetem, który niespodziewanie się do nas wprowadził na dwa miesiące itd. Mogłabym wynająć kawalerkę czy małe mieszkanie, ale ceny w Amsterdamie za wynajem są wysokie i w sumie szkoda mi trochę płacić około 1000 euro za wynajem, bo musiałabym wtedy zrezygnować w wielu rzeczy (dopóki nie znalazłabym lepiej płatnej pracy). Poza tym pomyślałam sobie, że jeżeli kupię mieszkanie i nawet jeśli wyprowadzę się z Holandii to po prostu mieszkanie komuś wynajmę, a dobrze jest mieć coś “swojego”, miejsce, gdzie zawsze mogę wrócić.

Nie jestem żadnym ekspertem, jeśli chodzi o nieruchomości i ekonomię i przyznam szczerze, że rynek nieruchomości nigdy mnie w żaden sposób nie interesował, jednak pomysł, żeby kupić mieszkanie skłonił mnie do głębszego przeanazliwoania tematu, poszukania i posłuchania opinii ludzi ode mnie mądrzejszych, znających się na temacie, mających solidną wiedzę jeśli chodzi o rynek nieruchomości, ekonomię, inwestycje. Przeszukałam internet, znalazłam mnóstwo ciekawych artykułów, analiz, porad i opinii, wszystko na spokojnie przemyślałam, przeanalizowałam, zrobiłam tradycyjną listę plusów i minusów i uznałam, że kupno nieruchomości pod hipotekę na 30 lat to nie jest dobry pomysł.

Wiem, że wielu się ze mną nie zgodzi i wcale nie musi, nie jestem znawcą nieruchomości, ale po przeanalizowaniu wielu opinii, możliwości, zysków i strat doszłam do wniosku, że wszystkie powyżej wymienione argumenty są złudne i nijak mają się do rzeczywistości oraz, że na zakup mieszkania stać mnie tylko teoretycznie, bo zaciągnięcie kredytu hipotecznego to akurat najłatwiejsza część całego przedsięwzięcia.

Po pierwsze o wyrzucaniu pieniędzy w błoto można mówić, jeżeli płaci się czynsz za wynajem mieszkania, ale się w tym mieszkaniu nie mieszka. Wiem doskonale, że wszystkim chodzi o to, że płacąc czynsz za wynajem nic z tych pieniędzy na przyszłość się nie ma, a spłacając kredyt hipoteczny spłaca się mieszkanie, które kiedyś będzie twoją własnością. No właśnie: magiczne słowo: kiedyś, czyli za 30 lat, czyli tak naprawdę nigdy nie będziesz w posiadaniu swojego domu. Do ostatniej raty mieszkanie będzie należało do banku, nie do ciebie.

Jeżeli kupię mieszkanie w wieku 28 lat będzie tak naprawdę moje dopiero kiedy będę mieć 58 lat.

30 lat to trochę dużo i dużo może się w tym czasie wydarzyć. Zakładając, że będę żyć długo, szczęśliwie, w zdrowiu i stabilizacji finansowej wszystko być może nabiera sensu. I wiem, że wielu z was powie, że głupio jest zakładać, że nie ma sensu wchodzić i angażować się w tak długotrwałe deklaracje tylko dlatego, że “życie jest nieprzewidywalne” (ot, co za banał) Przecież podążając tym tokiem myślenia w ogóle nic nie opłacałoby się planować, bo przecież nie wiadomo co stanie się jutro, a nie dopiero w ciągu 30 lat. Mimo tej “niepewności dnia jutrzeszego” mamy plany, które realizujemy i cele, do których dążymy. Jednak zazwyczaj podejmując jakiekolwiek decyzje czy realizując długoterminowe plany raczej nie zobowiązujemy się do 30-letnich deklaracji (oprócz małżeństwa, ale to trochę inna bajka).

Poza tym przez pierwsze 10 lat spłaca się głównie odsetki(jeżeli wybierze się annuitetową formę spłaty kredytu, a wszyscy ją wybierają, bo jest najpopularniejsza), dopiero po 10 latach zaczyna się faktycznie spłacać “swoje” mieszkanie. Czyli po 10 latach spłacania kredytu mieszkanie nadal w całości należy do banku. Dla mnie perspektywa 10 lat to sporo czasu, nie mówiąc już o 30…

Zakup mieszkania jest owszem inwestycją, ale moim zdaniem tylko jeżeli ma się na tyle dużo pieniędzy, że nieruchomość kupuje się za gotówkę, a nie na kredyt. Dlaczego? Bo własne mieszkanie to nie tylko spłacanie miesięcznych rat hipoteki, to także sporo innych wydatków, rachunki, ubezpieczenia, podatki, remonty, nie tylko w samym mieszkaniu, ale także w całym budynku ogólne remonty jak np. wymiana dachu, rur, okien, remont klatki schodowej itd pokrywają właściciele mieszkań. I nawet jeżeli spłacając hipotekę płaci się miesięcznie mniej niż za wynajem to po podliczeniu wszystkich dodatkowych kosztów utrzymania mieszkania okazuje się, że nie do końca się na tym zyskuje i wcale nie oszczędza.

Taka sytuacja…

W mieszkaniu, w którym obecnie mieszkam na początku marca pękła rura pod podłogą. Okazało się, że wszystko wymaga generalnego remontu (generalny remont był robiony trzy lata temu, ale hydraulik widocznie nie był profesjonalistą). Mieszkanie wylgądało jak pobojowisko, krajobraz po bitwie, wszystkie rury i ogrzewanie do wymiany, zdarta podłoga w całym mieszkaniu, roztłuczona łazienka, pył, brud, kurz i wilgoć. Nie dało się w tym mieszkaniu mieszkać. Właścicielka musiała zapewnić mi inne lokum więc zapłaciła mi na czas remontu hotel w Amsterdamie. Niestety to był chyba najbardziej pechowy remont, bo aż dwukrotnie trzeba było ściągać i na nowo układać laminat w całym mieszkaniu, bo dwurktonie po (nieudanym) remoncie mieszkanie zostało zalane. Kosztowało to właścicielkę około 10.000 euro i sporo nerwów i stresu. Kilka miesięcy później spółdzielnia zdecydowała się wymienić okna w całym budynku i znów kolejny rachunek do zapłacenia.

Nawet jeżeli kupuje się mieszkanie jedynie pod wynajem to również wiąże się to z kosztami i czasami stresem (wyajmowałam kiedyś pokoje innym i ta sytuacja doprowadzała mnie do szału, bo ludzie często nie szanują czegoś, co nie należy do nich, szczególnie jeśli chodzi o mieszkania) Tak samo z resztą jak sprzedaż mieszkania (to nie są małe koszty). Poza tym nie da się przewidzieć jak będzie wyglądał rynek nieruchomości za kilka lat. Można zyskać, ale można też dużo stracić, może w ogóle będzie problem z sprzadażą mieszkań, bo oprocentowanie znów będzie tak niekorzystne, że w ogóle nie będzie opłacało się kupować nieruchomości.

Tak właśnie miał mój znajomy. Kilka lat temu kupił mieszkanie razem ze swoją dziewczyną, z którą był przez 13 lat i tak się niefortunnie złożyło, że się rozstali. Ona się wyprowadziła, a on został w mieszkaniu, które nadal należało również do jego eks, ale to on płacił wszystkie rachunki. Wystawił je na sprzedaż, ale przez kilka dobrych lat była bardzo niekorzystna sytuacja na rynku nieruchomości i dopiero kilka miesięcy temu, kiedy wszyscy oszaleli na punkcie kupna mieszkań udało mu się je sprzedać. Oczywiście nie skorzystał finansowo w żaden sposób na tej traksakcji, był szczęśliwy, że w końcu udało mu się tego mieszkania pozbyć.

Żeby kupić mieszkanie trzeba mieć także wkład własny, czyli tzw.koszty kupującego.

Przykładowe koszty kupna mieszkania ze strony internetowej banku ING

jeżeli chcę kupić mieszkanie za 150.000 euro (to jest aktualnie taka minimalna cena małego mieszkania czy studia w Amsterdamie (ok, na Bijlmer Arena są tańsze, ale kto chciałby mieszkać na Bijlmer? ;))

podatek od nieruchomości dla Urzędu Skarbowego(2%)- 3000 euro

notariusz– 750 euro

wycena wartości mieszkania (taki pan, który przychodzi sprwdzić i ocenić czy mieszkanie faktycznie jest warte swojej ceny)-365 euro

doradca finansowy– 1750 euro

makler– 1750 euro

narodowa gwarancja hipoteczna(dla zainteresowanych szczegółami-link)-1530 euro

w sumie 9145 euro płacisz na dzień dobry tylko za formalności.

Tak wiem, że zawsze trzeba coś zainwestować, żeby w przyszłości mieć z tego korzyści, jednak uważam, że niekoniecznie musi to być nieruchomość. Doszłam do wniosku, że 10.000 euro, które musiałabym teraz zainwestować w coś, co będzie moje za 30 lat plus dodatkowe koszty utrzymania mieszkania, remontów, upiększania itd wolę zainwestować w coś, czego efekety mogę dostrzeć szybciej niż dopiero za 30 lat (o ile w ogóle). Zdecydowanie wolę zainwestować te pieniądze w siebie, w rozwój osobisty, w edukację, w podróż dookoła świata, w cokolwiek co sprawi mi przyjemność. Rozumiem tych, którzy szukają stabilizacji, mają rodziny, chcą na zawsze zostać w Holandii, są pewni, że nie chcą zmieniać miejsca zamieszkania i zostaną w tym zakupionym domu forever.

Nie twierdzę, że kupno mieszkania na kredyt to beznadziejna decyzja, która przynieść może jedynie straty, ale trochę zdrowego rozsądku i sceptycyzmu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

Zauważyłam, że jest naprawdę sporo ludzi, którzy działają pod wpływem impulsu i decydują się na zakup mieszkania tylko ze względu na aktualną korzystną sytuację na rynku nieruchomości często nie końca myśląc o przyszłości, konsekwencjach czy życiowych planach. Kupno mieszkania to poważne zobowiązanie, nawet jeżeli planuje się je w przyszłości sprzedać, dlatego lepiej 10 razy zastanowić się zanim podpisze się cyrograf zwłaszcza, że zaciągnięcie kredytu hipotecznego nigdy chyba nie było w Holandii tak łatwe jak w chwili obecnej.

Nie wierzę (i chyba nikt nie wierzy), że sielanka na rynku nieruchomości utrzyma się przez długi czas. Wolę teraz zapłacić więcej za wynajem(nawet jeżeli wg. niektórych teoretycznie przepłacam i wyrzucam pienądze w błoto), ale mieć ten komfort psychiczny, że nie mam żadnych zobowiązań, żadnych hipotek, kredytów, że nie muszę się martwić, że wyskoczy mi niespodziewany remont, że będę musiała zaciągnąć kolejną pożyczkę, żeby pokryć jego koszty, że chcę je sprzedać, ale nikt nie chce go kupić, że jeśli dostanę lepszą ofertę pracy w innym mieście, kraju lub jeżeli zostanę bez pracy to nie będę podwójnie stresować się zaistniałą sytuacją. Jeżeli zapragnę zrobić sobie roczne wakacje od codziennej rutyny albo cokolwiek innego to po prostu o nic się nie martwiąc zamknę za sobą kojelny rozdział, nie mając żadnych kosztów, żadnych zobowiązań, kredytów i zadłużeń.

1 Comment

  • abc 16 grudnia 2016 at 20:31

    Czytalam ostatnio artykul o emerytach w NL. Mysleli podobnie- ze kupno mieszkania jest niezbyt oplacalne. Wiec przez cale zycie wynajmowali mieszkania. Sa teraz w mniej ciekawej sytuacji niz emeryci, ktorzy juz wykupili swoje domy. Bo ciagle musze placic czynsz, a emerytura to juz niestety nie pensja za prace.

    Pozdrawiam

    Reply

Dodaj komentarz