Spojrzałam dziś rano w pracy na datę i chociaż przez ostatnich kilka lat w ogóle nie zwróciłam na to uwagi, dziś wyjątkowo przypomniał mi sie 19 październik 2010 roku. Może dlatego, że w drodze do pracy rozmyślałam o zmianach, które planuję w najbliższym czasie (nawet podzieliłam się tymi przemyśleniami na fanpage’u tutaj).

19 październik 2010 roku. To wtedy własnie wsiadłam w samolot i poleciałam do Australii. Byłam wtedy bardzo nieśmiałą i niepewną siebie osobą. I strasznie sie bałam. Do dziś pamiętam jak na lotnisku Changi w Singapurze przestraszona dukałam coś po angielsku, bo musiałam odebrać tam kartę pokładową na mój lot do Sydney. A lotnisko Changi przeraziło mnie swoim rozmiarem. Byłam zmęczona po 13-godzinnym locie i jeszcze bardziej zdezorientowana, bo jak tu się dogadać, kiedy angielski na poziomie A2 i kiedy nie ma się o świecie ani o niczym zielonego pojęcia. Kiedy przypominam sobie tamten moment i patrzę na siebie z perspektywy tych kilku minionych lat, do dziś nie wiem jak mi się udało nie zgubić gdzieś po drodze 😀

Bałam się też z innego powodu. Byłam całkiem sama. Niby jechalam do siostry mojej mamy, ale prawda jest taka, że ja w ogóle jej ani jej rodziny nie znałam. Widziałam ich raz w życiu i tyle. Dla mnie, typowego introwertyka i wtedy jeszcze dodatkowo nieśmiałej osoby, która niewiele w życiu widziała, było to podwójne wyzwanie. Bo wiecie jak człowiek jest obyty w świecie to jest mu zawsze łatwiej, a ja wczśniej nigdy nigdzie nie byłam, a tu jeszcze na pierwszy raz wybrałam sobie podróż na koniec świata.

Pierwsze tygodnie nie byly łatwe. Także pod względem komunikacji. Nie dosć, że mój angielski był słaby to dodatkowo australijski akcent był dla mnie nie do zrozumienia. Czułam się początkowo jak kretyn i strasznie sie stresowałam kiedy ktoś coś do mnie mówił. Najbardziej chciałam wtedy unikać ludzi i jak najmniej wchodzić z nimi w jakiekolwiek relacje. Ale to nie było możliwe. Musiałam się zmusić, przełamać i robić to, co najbardziej mnie stresowało i to czego panicznie sie bałam. Ale wiecie co? To mnie uratowało. Bo wówczas jedynym dla mnie ratunkiem był skok na głęboką wodę. Skoczyłam i nauczyłam sie pływać.

Co ważniejsze, przekonałam się, że wcale nie było to takie trudne jak sobie wyobrażałam.

Ciągle to powtarzam, ale dlatego, że jest to dla mnie ważne. Australia mnie zmieniła. Z nieśmiałej, niepewnej siebie, zagubionej osoby stałam sie odważna, otwarta na świat i ludzi, żądna przygód, właśnie dlatego, że pewnego dnia postanowiłam, że na przekór wszystkiemu, wszytkim demonom w mojej głowie i wszystkim słabościom zrobię coś szalonego i zmienię to nudne wypłenione szarością życie.

I zmieniłam. I dzięki temu wiem, że warto ryzykować próbować, wprowadzać zmiany, bo to właśnie wtedy dzieją się najfajniejsze rzeczy.

Podobno o swoich planach mówić nie należy. Naukowcy twierdzą, że takie rozpowiadanie na prawo i lewo o swoich celach osłabia motywajcę i raczej oddala niż przybliża do ich realizacji. Ci, którzy mojego bloga czytają w miarę regularnie wiedzą, że planuję opuscić Holandię dla Turcji. Nie trzymam tego w tajemnicy, bo dawno nie byłam tak zdeterminowana, żeby coś zrobić, bo siedzi to w mojej głowie wystarcząjaco długo i nie jest chwilową zmianą nastroju ani zachcianką. Bardzo chcę przekonać się na własnej skórze jak mieszka się w Stambule, w mieście, które kocham najbardziej na świecie.

Przeprowadzkę planuję w maju przyszłego roku. Mogę mieć poślizg miesiąca max dwóch, bo zawsze mogą pojawić się niespodziewane wydatki, ale wiem, że to zrobię, bo bardzo, bardzo tego chcę. Chcę takiej wlaśnie zmiany, takiej jak ta z 2010 roku. Chcę Turcji.

Chcę znów takiego dnia, w którym zmieni sie wszystko, w którym spełnię jedno z moich największych marzeń. Tak jak kiedyś spełniłam to o Australii.

W jednym z moich postów na temat Australii “Gypsy life. Życie na walizkach” napisałam:

Australia nauczyła mnie, że życia trzeba próbować na różne sposoby, że nie warto trzymać się za wszelką cenę wygodnych przyzwyczajeń, że kiedy czuje się nieodpartą potrzebę zamknięcia za sobą drzwi z hukiem, to warto to zrobić.

Nawet jesli wszyscy wokół mówią, że Turcja to głupi pomysł, nawet jeśli większość osób nie pojmuje o co mi właściwie chodzi. Nie muszą.

Wystarczy, że już nie bedą próbowali odwieść mnie od tego pomysłu, bo i tak im się nie uda.

PS Planujecie jakieś zmiany w najbliższym czasie?:)

4 komentarze

  • Dorota Dorkita 19 października 2017 at 22:13

    Gratuluję odważnej decyzji. Ludzie mogą podobne wybijać z głowy ale są one Twoje, to Ty ponosisz ich odpowiedzialność. Jeszcze się okaże, że dobrze na nich wyszłaś i wszystkich pozytywnie zadziwisz. Dzięki wyjazdom w nieznane najcenniejszym co zyskujemy jest właśnie nabranie pewności siebie, większej idwagi i przestanie być szarą myszką. Emigracja zmienia i fajnie jest od czasu do czasu zmieniać miejsce zamieszkania. Tego Ci zazdroszczę, bo mnie w Hiszpanii trzyma stała praca męża. Ale każdy krótszy wyjazd czy przygodę podejmowaną niezależnie od tego bardzo dobrze wspominam. Właśnie za to, że zmienia Cię na lepsze. Pozdrawiam i życzę powodzenia w Turcji.

    Reply
    • Malwina Blicharz 19 października 2017 at 22:35

      Dziękuję 🙂 Najważniejsze to zawsze słuchać siebie, ludzie mogą nam wmawiać różne rzeczy, ale oni nie znają naszych myśli i uczuć, zawsze oceniają sytuację z ich własnej perspektywy, że “oni by tego nie zrobili dlatego ty też tego nie rób, bo źle na tym wyjdziesz”. Stambuł nie daje mi spokoju, dlatego muszę spróbować jak tam się mieszka, jeśli mi się nie spoboda zawsze mogę wrócić i to jest znacznie lepsze niż całe życie zastanawiać się, “a co by było gdyby…” Mam to szczeście, że w Holandii absolutnie nic nie mnie trzyma. Pozdrawiam 🙂

      Reply
  • Bożena 20 października 2017 at 00:19

    Powodzenia w realizacji marzen 😉 trzymam kciuki za pozytywne zmiany w zyciu i wewnętrzną siłę która nas nakręca!

    Reply
    • Malwina Blicharz 20 października 2017 at 06:30

      dziękuję Bożena :* jak już się spełnią to w przyszłym roku odwiedzisz mnie dla odmiany w Stambule 🙂

      Reply

Leave a Comment