Kiedy pierwszy raz wyjeżdzałam z Polski był koniec października 2010 roku. Nie było wtedy złotej polskiej jesieni. To był zimny, szary, deszczowy, wietrzny dzień. W górach pewnie spadł śnieg, bo w Krakowie czuć było ten przeszywający chłód nadchodzącej zimy, a ja uciekając przed tym wszystkim, przed długimi, mroźnymi wieczorami, przed szarością, przed codzienną rutyną, nudą i monotonią odebrałam na Balicach moje karty pokładowe i wsiadłam w samolot. Kierunek: Australia.

Przyznam szczerze, że nie wiedziałam wtedy na jak długo jadę, na kilka miesięcy? Na rok? Na zawsze? Co ja tam w ogóle będę robić? Czy dam radę? Tysiąc pytań w mojej głowie, ale w tamtym momencie to wszystko nie miało zbyt dużego znaczenia. Byłam zmęczona, znudzona, zniesmaczona życiem w Poslce, miałam dość. Byłam zdesperowana. Chciałam zacząć wszystko od zera, od nowa. Wiedziałam, że zostając w Polsce będę tkwić w martwym punkcie, w rutynie, beznadziei. Skok na głęboką wodę był dla mnie jedynym ratrunkiem. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej ucieczki.

Pamiętam, że najdziwniejszym chyba wówczas był dla mnie fakt, że przerpowadzałam się na drugi koniec świata i zabrałam ze sobą jedynie jedną dwudziestokilogramową walizkę. Kilka najpotrzebniejszych, podstawowych rzeczy. Pamiętam, jechałam na lotnisko z tą moją jedną walizką i zastanwiałam się czy aby na pewno wszystko zabrałam, czy niczego nie zapomniałam, a chwilę później uznałam, że w gruncie rzeczy to chyba nie jest tak istotne zapomnieć jakiejś jednej czy dwóch rzeczy kiedy tysiąc innych zostawia się za sobą.

W Australii pracowałam dla podróżującego cyrku. To było sześć miesięcy nieustannych burzliwych szalonych podróży, bycia ciągle w drodze, spania w tanich hostelach, przyczepach kempingowych, co kilka dni zahaczenia o nowe miejsce, spotykanie nowych ludzi po to, by za chwilę się z nimi pożegnać i znów ruszyć przed siebie. To był czas kiedy rozpakowywanie mojej walizki mijało się z celem, nie było sensu wyładowywać tych kilku rzeczy skoro za chwilę trzeba było znów zapakować się i ruszać dalej.

Nie znałam siebie od tej strony jaką pozwoliła odkryć mi Australia, która przewróciła moje życie do góry nogami. Moje stare, nudne życie zostało gdzieś w tyle, już dawno nieistotne, nieważne. Nigdy wcześniej nie przypuszczałabym, że można żyć mając ze sobą zaledwie jedną walizkę i że można być aż tak szczęśliwym, że nie trzeba mieć trzydrzwiowej szafy wypchanej ubraniami i dwudziestu par butów, że tak naprawdę potrzebuje się tyle, żeby unieść to wszystko w tej jednej walizce, ale przy tym, żeby ta walizka nie była zbytnim ciężarem. Nigdy nie podejrzewałabym siebie, że takie życie w stylu gypsy może mi się aż tak bardzo spodobać, że to jest szalenie ciekawy sposób na życie, że można zakochać się w jakimś miejscu będąc tam zaledwie na krótką chwilę, a później po prostu wyjechać i wcale za tym nie tęsknić, bo oto ma się przed sobą kolejną przygodę i kolejne nowe miejsce, które może okazać się jeszcze piękniejsze, ciekawsze i może jeszcze bardziej zawrócić w głowie.

To była ważna lekcja, dzięki której zrozumiałam, że najbardziej tęksni się za miesjcem, które trzeba opuścić, zostawić, pożegnać, kiedy nie ma się dokąd wracać, albo kiedy trzeba wracać do miesjca, które niewiele dla nas znaczy, do życia, którego się nie lubi, do monotonii i rutyny, do życia, gdzie każdy dzień jest tak samo nudny i przewidywalny. Kiedy nie lubi się swojego życia wtedy tęksni się najbardziej za tym co mineło, zostało gdzieś w tyle, gdzieś jedynie we wspomnieniach, wtedy najbardziej żal jest odchodzić, opuszczać, pożegnać się.

Kiedy mieszkałam w Polsce stale za czymś tęskniłam, ciagle było mi źle i byłam wiecznie niezadowolona. Żyłam marzeniami, których nie potrafiłam przełożyć na rzeczywistość, niby coś chciałam, niby miałam jakiś plan w głowie, ale zaraz po tym puknęłam się w czoło, uznałam, że to strasznie głupie i wracałam do robienia rzeczy, które wydawały się być dla mnie jedynie osiągalne, czyli nie robiłam NIC ze swoim życiem.

Australia to było pierwsze moje marzenie, które się spełniło. Gdybym wtedy nie wyjechała być może dziś wiodłabym cholernie nudne życie w Polsce lądując średnio raz w tygoniu na kozetce dla wariatów analizując dlaczego moje skrzywoine postrzeganie świata w dwóch kolorach nie jest dobrym pomysłem na życie.

Australia nauczyła mnie, że nie ma rzeczy niemożliwych, że jedyne co powtrzymuje nas przed realizowaniem marzeń to nasze własne ograniczenia, lęki i paranoiczny, niczym nieuzasadniony strach.

Australia nauczyła mnie, że życia trzeba próbować na różne sposoby, że nie warto trzymać się za wszelką cenę wygodnych przyzwyczajeń, że kiedy czuje się nieodpartą potrzebę zamknięcia za sobą drzwi z hukiem, to warto to zrobić.

Kiedy później wyjeżdzłałam do Holandii już nie zastanwiałam się na tymi wszystkimi rzeczami, które były w mojej głowie przed wyjazdem do Australii. Teraz była to kolejna przygoda, kolejna podóż z walizką, z którą przez trzy pierwsze lata przerowadzłam się z jednego miejsca na drugie. Z południa na północ Holandii, ze wsi do miasta, z bungalow, do mieszkania, z Eindhoven do Rotterdamu, z Rotterdamu do Haarlemu, do Weesp i Amsterdamu. I tak dalej. Nie zawsze zmuszała mnie do tego sytuacja, czasami po prostu z własnej woli pakowałam moją walizkę i zmieniałam adres, bo mi się już znudziło, bo mi sę nie podobało, bo nie lubiłam ludzi, z którymi mieszkałam, bo miałam taką wewnętrzną potrzebę, żeby coś zmienić, bo nie lubię tkwić zbyt długo w jendym miejscu.

Od dwóch lat wprawdzie nie zmieniłam adresu i biorąc pod uwagę ostatnie kilka lat to jest mój rekord jeśli chodzi o zasiedzenie. Dziś, gdybym chciała moje wszystkie nagromadzone rzeczy ze sobą zabrać, z pewnością nie zapakowałabym się do jednej walizki ani też do kilku, ale dziś wiem też, że wcale nie muszę tych wszystkich rzeczy ze sobą zabierać, że mogę zostawić je bez żadnego żalu, bez sentymentu, że mogę znów zapakować się w jedną walizkę i to zupełnie wystarczy, by rozpocząć nowe życie, w nowym miejscu, w innym kraju, na innym kontynencie.

7 komentarzy

  • Bożena Be 23 czerwca 2016 at 22:32

    Pozytywny wpis 🙂

    Reply
    • malvibee 23 czerwca 2016 at 22:36

      Dziękuję Bożena 🙂

      Reply
  • Moich 5 lat w Holandii, czyli czego nauczyła mnie emigracja ( plus plany na przyszłość) | malvibee 5 lipca 2016 at 08:13

    […] przygoda z emigracją zaczęła się nieco wcześniej, przed Holadnią i w poprzednim tekście: Gypsy life. Życie na walizkach możecie przeczytać co już wtedy, po półrocznym pobycie  w Australii, zmieniło się w moim […]

    Reply
  • Justyna Sekuła 5 lipca 2016 at 16:32

    Fantastyczna przygoda! Czasem sobie myślę, że też bym tak chciała – podróżować z miejsca w miejsca, zakochiwać w kolejnych zakątkach i zaraz o nich zapominać, być ciągle w drodze, bo płynie we mnie krew nomada, a zaraz potem uświadamiam sobie, że chyba jednak potrzebuję portu, do którego mogę wracać, że moje miejsce na ziemi jest mi bardzo potrzebne i to poczucie, że mam gdzie wracać. Niemniej jednak – zazdroszczę, cudnie się to czytało.

    Reply
    • malvibee 5 lipca 2016 at 16:42

      Dziękuję 🙂 A może jednak powinnaś spróbować takiej przygody skoro od czasu do czasu przychodzi Ci to na myśl? Wrócić zawsze można, chociaż powroty bywają ciężkie, kiedy trzeba wszystko zaczynać od nowa, ale mimo wszystko myślę, że warto spróbować i samemu przekonać się czy faktycznie o to w życiu nam chodzi. Jeśli okaże się, że jednak nie jest to nasz wymarzony sposób na życie to przynajmniej będziemy wiedzieć na pewno, a tak być może już zawsze bedzie nas męczyć, że jednak warto byłoby spróbować. Na zmiany nigdy nie jest za późno.

      Reply
  • Kilka spojrzeń na Stambuł (dużo zdjęć) – malvibee 4 grudnia 2016 at 21:52

    […] jednym z moich ulubionych tekstów „Gypsy life.Życie na walizkach” napisałam, że ” kiedy nie lubi się swojego życia wtedy tęskni się najbardziej za […]

    Reply
  • Dzień, w którym zmieniło się wszystko - malvibee 19 października 2017 at 20:18

    […] jednym z moich postów na temat Australii “Gypsy life. Życie na walizkach” […]

    Reply

Dodaj komentarz