Maj 2011

Ommel-lekcja życia

Są miejsca, których się nie zapomina ze względu na ich piękno, ale są też takie, które na zawsze wryją się w pamięć ze względu na ich niepowtarzalną brzydotę.

Pierwsza lokalizacja, w której wylądowałam w Holandii. Nikomu nie życzę. Można zwariować. To znaczy zależy co się lubi. Palacze zioła i fani innych używek poczują się jak w raju. Wszyscy inni-pomyślą: za jakie grzechy? Las i domki letniskowe, a w nich polska patologia. Sens życia obraca się wokół marihuany i alkoholu, jesli brakuje, bo wypłata kiepska za niewielką ilość przepracowanych godzin, słychać kłótnie i afery (zespół odstawienia).

To miejsce pozwoliło mi bardzo szybko zrozumieć dlaczego Holendrzy mają o nas taką złą opinię.

Lokalny klub, jedyny w okolicy nie wpuszczał Polaków. To była dyskryminacja, ale z drugiej strony patrząc na towrzystwo zamieszukące osiedle trochę się nie dziwię, że klub wprowadził taki zakaz.

Najbliższe miasto oddalone 4 km. Nie ma autobusu, trzeba było na piechotę, ale spacer do Asten był największą rozrywką (więcej o Asten w poście: “Najbrzydsze miasto, w którym mieszkałam“).

12 VI 2011. Z pamiętnika “Byłam na końcu świata

Niedziela 11:45. Kolejny dzień długiego weekendu, Siedzę na przystanku w Asten i czekam na autobus do Eindhoven. Jest ładna pogoda, słoneczna. Wprawdzie nie jest gorąco, ale to akurat dobrze. Lekki wiatr niesie ze sobą świeżość. W każdą niedzielę chodzę do Asten. Z nudów. Nie ma tu nic ciekawego, ale przynajmniej jest spacer. Asten to zadupie. Niewielu ludzi można spotkać na wąskich uliczkach i jeszcze węższych chodniakch. A już w niedzielę miasto świeci pustkami(…) Co ludzie robią tutaj w niedzielne popołudnia? Nie wiem, ale pewnie mają ciekawsze zajęcia niż włóczenie się po mieście, które znają aż do znudzenia”

Dobrze, że pracowałam wtedy po 10-12 godzin dziennie. Dobrze, że często też w weekendy, gdyby nie to chyba bym zwariowała przez ten trzytygodniowy pobyt tam.

Ommel był gettem. Gettem, które stworzyli Polacy na własne życzenie izolując się, zamykając się w swoim marnym bezprzyszłościowym światku wypłenionym używkami. Ci ludzie nie mieli żadnych marzeń.

Czerwiec 2011

Schiedam-powiew wolności

Miasto tuż pod Rotterdamem. Po pobycie w ommelowskim getcie przeprowadzka do Schiedam była zbawieniem. To miasto w przeciwieństwie do Asten tętniło życiem chociaż tak naprawdę niewiele się w nim działo. Pamiętam jak codziennie spacerowałyśmy ulicami Schiedamu jak jeździłyśmy w weekendy do Rotterdamu i jak bardzo to miasto mi się podobało. I podoba dalej. Rotterdam uratował mnie przed szaleństwem.

Ze Schiedam wyprowadziłam się ze względu na współlokatorów, mieszkałam z pięcioma osobnikami uzależnionymi od marihuany. Tak, marihuana uzależnia, a ci co twierdzą, że jest inaczej są uzależnieni. Jedynym pozytywnym aspektem mieszkania z pięcioma palaczmi jest to, że do dziś potrafię bez problemu zweryfikować nałogowych palaczy zioła. Od razu. Na pierwszym spotkaniu. Po ich zachowaniu. I nigdy jeszcze postawiłam błędnej diagnozy.

Wrzesień 2011

Ridderkerk-zmęczenie Holandią

Tam akurat mieszkałam krótko, ale za to w ładnym i nowym mieszkaniu z jedną tylko współlokatorką, Spokojne miasto. To tutaj podjęłam decyzję, że Holandia nie jest dla mnie. Irytowała mnie aktualna magazynowa praca i wkurzało mnie to, że Holendrzy przyklejają mi łatkę stereotypowego Polaka. Wtedy jeszcze się tym przejmowałam.

Przed wyjazdem pozamykałam wszystkie sprawy. Zlikwidowałam nawet holenderskie konto bankowe, bo byłam przekonana, że ja już nigdy nie wrócę się do Holandii. Tak bardzo wtedy nie lubiłam tego kraju.

Listopad 2011

Muiden- i tak wszystko jest lepsze niż Ommel

Dom w jakimś polu. Całkiem duży. Z zewnątrz prezentuje się lepiej niż w środku. Wysiadłam z busa i wpadłam prosto w błoto. Nowi współlokatorzy przywitali mnie stwierdzeniem, że tutaj nie ma miejsca(dobrze, że nie mogli mnie wyrzucić, bo pewnie by to zrobili). Właściwie to mieli racje.

4 pokoje i 9 osób w mieszkaniu, jeden działający palnik, ale przynajmniej dwie łazienki. Dzieliłam pokój z dwoma innymi osobami.

Przez pierwszy tydzień nie było pracy.

22 listopad 2011-z pamiętnika desperatki

“Kolejny dzień bez pracy. Czy oni myślą, że przyjechałam tu na wakacje? Można zwariować od nic nie robienia. Zwłaszcza w takim miejscu, z takimi ludźmi i z wiszącą nad głową niepewnością dnia jutrzejszego. Po raz kolejny wszystkie plany szlag trafił. (…) Po raz kolejny nie dotrzymałam postanowień. Miało nie być więcej Holandii, mieszkania i pracowania z Polakami na emigracji. Byłam tego pewna jak mało czego w tej otaczającej mnie wszechobecnej niepewności”

Koniec listopada 2011

Haarlem-jest w tym mieście coś magicznego

O mojej przygodzie z tym wyjątkowym miastem pisałam w poście

Haarlem-pośród flamandzkich kamienic i klimatycznych uliczek

Marzec 2012

Muiden-powrót do przeszłości

Tak jak mieszkając w Ommel chodziłam z nudów do Asten, tak w Muiden chodziłam z nudów do Weesp. Ta sama odległość. Był początek wiosny, marcowe słońce przedzierało się przez stare okna do malutkiego pokoju, świat stawał się coraz bardziej zielony i kolorowy, za to mój świat wewnątrz coraz bardziej przypominał późno jesienny pejzaż. To nie mogło trwać zbyt długo.

Czerwiec 2012

Amstelveen- miasto duchów

W Amstelveen mieszkałam aż 5 lat(w dwóch różnych mieszkaniach) ale prawda jest taka, że nienawidziłam tego miasta. Mieszkałam tam jednak długo tylko dlatego, że czynsz miałam tam w miarę tani jak na amsterdamskie okolice, a Amsterdam był oddalony zaledwie 20 minut metrem. Mogłam więc każdą wolną chwilę spędzać w Amsterdamie i tak w istocie było.

Kiedy myślę o Amstelveen głównie mam przed oczami puste depresyjne ulice miasta. Miasto duchów, w którym można było spoktać ludzi tylko w centrum i tylko w godzinach 10:00-18:00, czyli w godzinach otwarcia centrum handlowego. Później wszyscy zapadali się pod ziemię.

Lipiec 2017

Amsterdam

Pamiętam jak obudziłam się w lipcowy poranek, dzień po przerpowadzce. Nowy widok z okna. Tęskniłam za tym. Za taką zmianą. Powinnam była zrobić to dużo wcześniej, ale z lenistwa, nie chciało mi się tyle lat przperowadzać, bo szukanie mieszkania w Amsterdamie szybko może doprowadzić do szaleństwa i przez moment byłam już na granicy.

W Amsterdamie odzyskałam psychiczny spokój, którego brakowało mi w ostatnim czasie. Może po prostu brakowało mi przperowadzki. Zmiany otoczenia.

Zmiany są dobre i zawsze wpływają na nas pozytywnie. Nie muszą od razu przewracać życia do góry nogami, ale wystarczy, że zmieni się cokolwiek. Nawet widok z okna. Nawet coś, co z pozoru może wydawać się nieistotne i na pierwszy rzut oka niewarte uwagi, może równie dobrze okazać się czynnikiem, który w istotny sposób wpłynie na nasze samopoczucie, a nawet jeśli niewiele się zmeni to przecież spróbować zawsze warto. Wszystko jest lepsze od stagnacji.

No Comments

Dodaj komentarz