Przybywając na Wyspy Książęce można odnieść wrażenie, że oto właśnie wylądowało się na innej planecie. Dlaczego? Bo trafiając tam z ponad 15 milionowej metropolii, gdzie każdy publiczny środek transportu jest zapełniony po brzegi, gdzie ulice są wiecznie zakorkowane i gdzie permanentny dźwięk klaksonów jest nieodłącznym elementem ruchu drogowego(tak, mowa tu o Stambule, bo chociaż to cudowne, przepiękne miasto to jednak bardzo zatłoczone), można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że Wyspy Książęce to raj na ziemi.

A tak w kontekście geograficznym to archipelag położony na Morzu Marmara, około 20 kilometrów na południowy-wschód od Stambułu. Składa się z czterech większych wysp i pięciu mniejszych.

W czasach Cesartwa Bizantyjskiego na zsyłkę trafiali tutaj nieposłuszni książęta i księżniczki, stąd też wywodzi się nazwa archipelagu.

W okresie letnim na Wyspy przybywa nie tylko sporo turystów, ale także samych Stambulczyków, którzy szukają ukojenia i ucieczki od wielkomiejskiego zgiełku, dlatego też podczas gorącego sezonu na Wyspach bywa tłoczno. Ja z kolei wybrałam się na tam, a konkretnie na wyspę Büyükada własnie teraz, w styczniu i to zdecydowanie najlepszy moment na zwiedzanie.

Dlaczego?

Bo panuje tam aktualnie błoga cisza. Cisza, która momentami była nieco przerażająca. Spacerując pustymi uliczkami miałam wrażenie, że kotów i psów jest tam więcej niż mieszkańców. Restauracje świeciły pustkami, sprzedawcy sklepów z pamiątkami leniwie wygrzewali się na słońcu i nawet nie szczególnie chciało im się zaczepiać tej garstki przybyłych właśnie turystów.

To, co zdecydowanie najbardziej wyróżnia Wyspy Książęce to brak ruchu samochodowego. Jedynie policja czy straż pożarna mają prawo używać pojazdów spalinowych. Mieszkańcy używają rowerów jako środka transporu. Jest możliwość wynajęcia bryczki, jeżeli nie ma się ochoty po prostu pospacerować po wyspie, a spacerować trzeba pod górkę. A im wyżej się wyjdzie tym bardziej jest zielono i dziko i tym piękniejsze widoki ukażą się naszym oczom.

Wyspy Książęce są jednym z tych miejsc, gdzie czas płynie jakby wolniej, gdzie powietrze jest czyste, a morze krystalicznie błękitne. Pewnie tego spokoju i błogiej ciszy nie da się tak odczuć w letnim sezonie, jednak i tak są świetną alternatywą, idealnym miejscem na odpoczynek od stambulskiego hałasu.

Wyspa Büyükada (przypuszczam, że pozostałe wyspy również) ma trochę klimat XIX-wiecznego miasteczka. Gdyby nie to, że w restauracji, w której zamówiłam lunch tuż na przeciwko mnie był telewizor, gdzie transmitowali na żywo przemówienie prezydenta Erdoğana nic nie zakłóciłoby tego dnia mojego błogiego przeświadczenia, że oto przeniosłam się w czasie. No dobra, wprawdzie nie do końca udało uchronić się Wyspę przed zalewem globalizacji, bo postawili tam Starbucks, ale jednak wiekszość restauracji i sklepików, w nazwijmy to, centrum niewiele mają wspólnego z nowoczesnością. Sami zobaczcie:

Byłam na Wyspie zaledwie kilka godzin, ale te kilka godzin zupełnie wystarczyło żeby przekonać się, że wehikuł czasu wcale nie jest konieczny, bo wystarczy zaledwie półtoragodzinna podróż promem ze Stambułu, żeby móc podróżować w czasie.

I dlatego z pewnością jeszcze nie raz tam wrócę!

 

1 Comment

Dodaj komentarz