Smętny pochód przy pogrzebowych pieśniach przyprawiających wszystkich o ból głowy i tradycyjny pochówek w wykupionym wcześniej grobowcu, czy może ostatnie pożegnanie zupełnie odbiegające od konwencji, a mające wywoływać pozytywne wspomnienia wśród znajomych i rodziny?

Okropny zapach kadzidła i lilii, pochód na miejsce pochówku w rytm depresyjnych kościelnych pieśni, widok trumny, w której będzie gniło ciało i wszechobecne błoto na cmentarzu. Wszystkie pogrzeby, w których uczestniczyłam wywołują u mnie niemalże traumatyczne wspomnienia. Szczególnie, że w Polsce ze śmiertelną powagą traktuje się cały proces pochówku. Pogrzeb uważany jest za patetyczne wydarzenie, przepełnione smutkiem i żałobą, manifestujące ogromny żal po utracie bliskiej osoby.

Śmierć jest zawsze wstrząsająca i traumatyczna, szczególnie gdy w młodym wieku i niespodziewana. Czujemy gniew, złość, połączoną z nieznośną bezsilnością. Zadajemy sobie tysiące pytań, żałujemy rzeczy i słów zarówno tych wykrzyczanych w przypływie złości jak i tych przemilczancyh, niewypowiedzianych wyznań. W takich okolicznościach moment refleksji jest naturalną koleją rzeczy. Tylko czy narpawdę warto zadręczać się czymś czego i tak już zmieniić nie możmey?

Wpadła mi kiedyś w ręce książka Piotra Zalewskiego „Inne Stany”(bardzo polecam), w której w lekki, przyjemny do czytania i bardzo ciekawy sposób opisuje on społeczeństwo amerykańskie. Analizując poszczególne, typowe dla Amerykanów cechy i zjawiska społeczno-kulturowe, tłumaczy na czym polega ich wyjątkowość i co odróżnia ich od mieszkańców starego kontynentu. Jest tam rodział poświęcony podejściu Amerykanów do śmierci.

Brytyjski historyk A. Toynbee rzekł: „umieranie jest nieamerykańskie”. I faktycznie mają oni zupełnie inne podejście do śmierci niż Europejczycy. Starają się nie traktować śmierci jako ostatecznego kresu. Jak pisze Zalewski: „na pogrzebach i towarzyszących im uroczystościach nastrój bywa pogodny. Przemawiający nad trumną krewni i przyjaciele opowiadają o nieboszczyku anegdoty i dowcipy. Śmiech słychać częściej niż płacz. Pogrzeby sław i celebrytów to wyreżyserowane widowiska, w czasie których błyskotliwych mówców nagradza się oklaskami”.

Nie wiem jak komu, ale mi taka idea pogrzebu bardzo odpowiada. Skoro to jest ostatnie pożegnanie to chyba lepiej, żegnać się w radości niż smutku. Mimo powagi całej sytuacji warto odnaleźć w niej jakiś pozytywny pierwiastek. Osobiście nie chciałabym, żeby mój pogrzeb był przepełniony żalem, łzami, rozpaczą, goryczą. Widziałabym to bardziej jako udaną imrpezę, gdzie śmiech i dobry nastrój dominuje i tłumi uczucie smutku. Uważam, że pogrzeb, jak każda impreza czy spotkanie w gronie znajomych powienin mieć optymistyczny wydźwięk. Bo przykładowo wspominając zmarłą osobę w kontekście śmiesznych, humorystycznych wydarzeń z jej życia nawet śmiejąc się przez łzy łatwiej jest nam odnaleźć się w tej trudnej dla nas sytuacji. Zamiast pogrzebowych, kościelnych smętów, lepiej słuchać pozytywnych kawałków, które również wywołują refleksję, ale skłaniają bardziej ku pozytywnym odczuciom i przemyśleniom.

Możemy się buntować, krzyczeć i płakać, ale pomimo całego żalu i smutku i tak nic nie jesteśmy w stanie zmienić. Rozumiem, że ciężko czasem w całej sytuacji zdobyć się na uśmiech, ale ważne jest nastawienie. Ważne jest, by pamiętać dobre chwile, które przeżyliśmy z daną osobą, one powinny zawsze w chwili refleksji wywoływać pozytywne emocje. Być może kiedyś wynajdą lek na nieśmiertelność, ale póki co wszyscy skazani jesteśmy na umieranie, dlatego zmiana nastawienia to w tym wypadku rozsądna opcja, by łatwiej się odnaleźć w sytuacji, na którą i tak nie mamy najmniejszego wpływu.

Timothy Leary (jeden z inicjatorów ruchu hippisowkiego) kiedy dowiedział się, że cierpi na nieulaczalną chorobę oznajmił z uśmiechem, że smierć będzie dla niego swego rodzaju kolejną psychodeliczną przygodą. Przed śmiercią przyjmował w swoim pokoju mnóstwo gości i udzielał wielu wywiadów. Zażyczył sobie również kosmiczny pogrzeb. Część jego prochów została wystrzelona w kosmos i wędrowała po orbicie okołoziemnskiej kilka lat. Pieknie, prawda?

Pewnie prochy większości z nas w kosmos nie polecą, ale przykład Leary’ego jest inspirujący, a przede wszystkim pokazuje, że ostatnie chwile życia wcale nie muszą być męczącym i niepokojącym odliczaniem.

No Comments

Dodaj komentarz