Nasza ulica przez długi czas była jedyną ulicą w naszym małym mieście nie pokrytą asfaltem, ale kostką. Taką starą, krzywą, wyboistą. Miała dwa podejścia, które nie były aż tak bardzo strome, ale ten, kto nie miał codziennej praktyki mógł się trochę zmęczyć idąc pod górkę.

Dawniej mało kto miał samochód. Trzeba było codziennie pod tę górkę zapierdalać. Najpierw jedna górka, kawałek równiny i potem druga. Pamiętam, że panie prawie nigdy nie chodziły w butach na obcasach, bo można było na tej wyboistej drodze połamać obsacy albo skręcić kostkę. A to nie były czasy kiedy było kogoś stać na drugą parę ładnych(kościelnych) butów. Zazwyczaj szły w starych trampkach, albo adidasach z jarmarku, po czym na dole, kiedy już zeszły z najgorszego szczytu na równinę, zostawiały je w krzakach i dopiero wtedy ubierały lakierowane szpilki albo białe kozaki.

Była kiedyś jeszcze jedna ulica, powiedzmy, po sąsiedzku z naszą, też nieasfaltowana przez długi czas. Prowadziła pod Chełm, czyli tajemniczą okoliczną górę, o której krążyły różne legendy i opowieści o wilkach, duchach i wygasłym wulkanie. Kiedyś tamtą drogą miał przejeżdzać biskup, bo miał odrpawiać mszę w małym kościółku pod Chełmem i wtedy burmistrz zarządził na całej trasie wylać asfalt, bo przecież biskup nie może jechać po takiej kamienistej niepoasfaltowanej drodze. Inni mogą, ale nie biskup. I tak oto tylko nasza ulica jako jedyna ulica w naszym małym mieście, oddalona wrpawdzie nieco od tego miasta, trochę jakby wiejska, chociaż nasze miasto to praktycznie taka jedna wielka wieś, została wyboista, stara i krzywa.

W tych czasach, kiedy mało kto miał samochód (na naszej ulicy może jedna osoba mogła poszczycić się maluchem albo dużym fiatem,) zimą było wielką frajdą zjeżdzać z samego szczytu góry na sankach, nartach albo na worku wypchanym sianem. Nawet jeśli ktoś chciałby wyjechać samochodem to prawie nigdy się to nie udawało, bo było zbyt ślisko, zbyt stromo i zbyt niebezpiecznie. Nie posypywano naszej ulicy węglem, tak jak innych ulic w mieście. Czasami sąsiad wysypał popiół z pieca na najbardziej kryzysowym odcinku naszej ulicy. A my, złościliwe dzieci, odgarnialiśmy popiół na bok i zasypywaliśmy sniegiem, bo naszym priorytetem była dobra zabawa. Bo przecież o to w dzieciństwie chodzi, żeby dobrze się bawić.

Kiedy zima już na dobre się kończyła, a wiosenny deszcz i resztki roztopionego śniegu tworzyły ogromne kałuże wtedy robilismy kulki z błota, czasami tym błotem się obrzaucając. Ale to obrzucanie błotem nie miało nic wspónego z tym jak obrzucają się błotem dorośli. My się tylko bawiliśmy. Chyba.

Pamiętam jak po długim czasie położyli na naszej ulicy 150 metrów asfaltu. Była to spora sensacja w naszej lokalnej społeczności. Później sukcesywnie dokładali, wylewali po kwałek po kawałku, aż w końcu można było odnieść wrażenie, że jesteśmy trochę bliżej cywilizacji.

W wakacje, w upalne letnie dni w powietrzu unosił się zapach skoszonej trawy, świeżego siana i smoły, bo asfalt topił się od żaru lejącego się z nieba, był gorący i lepki, a my chodziliśmy po nim boso. Tak dla zabawy. To było prawdziwe lato. Wtedy nie przeszkadzały nam upały, nie bolała nas głowa, nie pociliśmy się jak szczury. Było nam wszystko jedno. Bo dobrze się bawiliśmy.

Nasza ulica skrywała wielką tajemnicę. Tajemnicę poliszynela. Wszyscy wiedzieli, ale każdy umywał ręce. Udawał, że to nie jego sprawa, że nie wypada się wtrącać. Przecież od tego jest podobno opieka społeczna i inne organy, a nie sąsiedzi. Byli i tacy, którzy argumentowali, że lepiej, że dzieci mieszkają w takim domu niż w domu dziecka. Każdy przymykał oko i biernie akceptował to, że w jednym z domów ojciec regularnie gwiałcił swoje córki. Najpierw miał do dyspozycji starszą. W tym czasie wyganiał pozostałe dzieci z domu.

Dom był obskurny, miał tylko kuchnię i pokój. Nie było łazienki, ale patologia nie zna “luksusów” i wcale ich nie potrzebuje. Patologii wystarczy łóżko, wódka i gar ziemniaków, nie kupionych, ale ukradzionych, wykopanych ukratkiem nocą na polu u sąsiada.

Często z domu słychać było krzyki, ale wyrodnego ojca słychać było na całą ulicę jak tylko podniósł głos, a podnosił nieustannie. Z powodu czy bez. Nikt się tym nie interesował, ot tak, wszyscy przezwyczaili się, że ten lubi drzeć mordę na całą naszą ulicę. Starsza córka w końcu wyprowadziła się z domu, wyszła za mąż i jakoś ułożyła sobie życie. Stary zaś dobrał się do młodszej.

Sąsiad w drodze do kościoła zdradził innym, że słyszał jakieś krzyki, ale jak zwykle nie zareagował, poza tym spieszył się na sumę. Ale wtedy już nikt nie musiał reagować, bo wybuchła wielka afera, bo młodsza córka była mądrzejsza niż jej starsza siostra.

Przyjechała policja. Przestępce zakuli w kajdany i wywlekli z domu. Jak psa. I tak potraktowali go po ludzku. Była to sensacja na całą naszą ulicę, sąsiedzi mieli o czym gadać, a przede wszystkim w końcu mogli otwarcie, bez skrpułów głośno plotkować o tym, o czym od dawna szeptali po kątach.

Wszystko jakoś się skończyło, ale nie można powiedzieć, że dobrze. Można powiedzieć, że dobrze, że tak się skończyło, że dobrze, że wcześniej niż później, ale nic poza tym.

Dziewczyna z tamtego patologicznego domu nigdy się z nami nie bawiła, rzadko kiedy jeździła z nami na sankach, nartach czy workach wypchanych sianem, nigdy nie lepiła kulek błota, bo ojciec by ją żywcem zapierdolił gdyby do domu wróciła w pobrudzonych ciuchach. Nigdy nie chodziła z nami boso po topniejącym asfalcie, chyba, że z przymusu.Nie grała z nami w piłkę, ani nie rysowała kredą po asfalcie.

Po kilku latach odsiadki wyrodny ojciec zmarł kiedy wyszedł na przepustkę. Ludzie mówili, że był już wtedy wrakiem człowieka Podobno miał przejebane w więzieniu, bo tam gwałcicieli traktuje się najgorzej. Tak mówili.

*****

Na naszej ulicy niewiele się zmieniło, mimo, że minęło już sporo czasu. Na pewno jest teraz więcej domów, nie ma już niektórych ludzi, wszyscy mają samochody i dzieci nie jeżdzą już zimą na sankach, a wiosną nie lepią kulek z błota. Panie moga swobodnie chodzić w butach na obcasie, a raczej wsiąść w samochód i jechać.

Wszyscy dalej chodzą do kościoła i regularnie się modlą.

No Comments

Dodaj komentarz