Bożena: cześć, co słychać?

Ja: a wszystko dobrze, u Ciebie?

B: też, a wiesz co, jedziemy za dwa tygodnie z dziewczynami do Budapesztu, może się przyłączysz?

Ja: sprawdzę tylko bilety, ale jadę!

Wiecie, mnie nie trzeba długo namawiać do podróży. Jakiejkolwiek. Jeżeli tylko mam czas to jadę. Poza tym uwielbiam spontaniczne wyjazdy, nowe miejsca, dzikie przygody i spotkania po latach. Z Bożeną wprawdzie widziałam się całkiem niedawno, gdyż odwiedziła mnie w Amsterdamie jakoś w padździerniku, ale Wioli nie widziałam od czasów studiów, czyli jakieś 6 lat temu. No i jeszcze Julian, którego przypadkiem poznałam kiedyś w nocy czekając na autobus gdzieś na Leidseplein w Amsterdamie; J. ponad rok temu porzucił Amsterdam własnie dla Budapesztu. Dodatkowo Budapeszt zawsze był na liście miesjc, które planowałam odwiedzić więc kiedy usłyszłam propozycję od Bożeny bez zastanowienia uznałam, że lepszej okazji nie będzie.

Dzień pierwszy: czwartek

W Budapeszcie wylądowałam po godzinie 16, a do hotelu dotarłam jakoś przed 18. Było już za późno, na zwiedzanie, bo większość atrakcji turystycznych zamykana jest własnie o 18:00, poza tym, jak to zwykle po podróży, byłam trochę zmęczona. Dziewczyny jechały z Krakowa i miały dotrzeć na miejsce w piątek rano.

Czwartkowy wieczór upłynął mi zatem bardzo spokojnie. Pierwsze spotkanie z miastem zawiało lekkim zauroczeniem. Nie dość, że zasmakowałam lokalnego gulaszu i w ogromnych ilościach i lokalnego piwa dosłownie za grosze to jeszcze była piękna pogoda, ciepły letni wieczór, weekendowy klimat i cudownie oświetlone miasto. Jaki piękny początek znajomości!

Dzień drugi: piątek

Obudziłam się wcześnie rano, jakoś przed 7:00. W normalnych okolicznościach uwielbiam długo spać, ale kiedy jestem w jakimś nowym miejscu to po prostu szkoda mi czasu i nawet nie czuje się śpiąca, bo ciekawość nowego miesjca nie pozwala mi wylegiwać się do południa w łóżku. Pojechałam na dworzec kolejowy Keleti przywitać dziewczyny i razem ruszyłyśmy na miasto. Było bardzo gorąco, duszno, ponad 30 stopni. Dziewczyny były trochę zmęczone po całonocnej jeździe autobusem, ale i tak miały energię na długi spacer i zwiedzanie. Zaczełyśmy od Wzógrza Zamkowego. Większość turystów wolała wyjechać, ale my uznałysmy, że spacer dobrze nam zrobi. Pogoda zaczynała być trochę nieznośna. Przez krótki moment padał deszcz, ale wcale nie odwświeżył dusznego klimatu.

Piękne widoki rozciągają się ze Wzgórza, można gapić się godzinami na panoramę miasta i wcale nie mieć jej dość.

Później rozdzieliłyśmy się, bo nasze plany zwiedzania nieco się różniły. Po kilku godzinach spacerowania w okolicach Wgórza Zamkowego uznałam, że lepiej już się stamtąd wydostać, gdyż nie dość, że pogoda była niepewna i totalnie niestabilna i nieprzewidywalna, to na dodatek miałam bardzo niewiele czasu na zwiedzanie, bo weekend to zdecydowanie niewystarczająco jak na takie miasto jakim jest Budapeszt. I wtedy wpadłam na „genialny” pomysł, że zrobię sobie wycieczkę na Wzgórze Gellerta. Sam wczesniejszy spacer był niezłym treningiem zwłaszcza przy takiej pogodzie, a tu dodatkowo jeszcze pod kolejną górkę. Nie szło się lekko w tym upale, słońce dość szybko, mocno spaliło moje ramiona i dekolt na ciemnoczerwony kolor i czułam, że trochę zaczyna boleć mnie głowa (być może był to szok terminczy, bo oto przyjeżdżam z z Holandii, gdzie przed odjazdem było zaledwie 12 stopni, a tu nagle taka piękne lato mnie zastało w stolicy Węgier;) ). Spacer na Wzgórze Gellerta umilały mi piękne widoki na miasto i motywowały do wyjścia na samą górę, gdyż stamtąd panormama miasta wygląda najpiękniej.

Ból głowy był coraz intenstywniejszy więc szybko zeszłam w dół na szybki obiad i stwierdziłam, że bez łóżka się nie obejdzie. Wróciłam do hotelu, zażyłam dwa paracetamole i spędziłam w łóżku dobre 3 godziny. Na weczór umówiona byłam z Julianem i całe szczeście paracetamol okazał się jak zwykle niezawodny.

Spotkaliśmy się po 22 i przy Akvarium klubie i tam obok na placu( wybaczcie, że nie pamiętam nazwy, ale węgierskie słowa cięzko się zapamiętuje, przynajmniej mi ) saiedzieliśmy gdzieś na ławce i zielonej trawie i pilismy typowy węgierski napój czyli wino z mineralną wodą gazowaną. To miejsce przypomninało mi trochę miasteczko studecnkie AGH, gdyż tak samo wszyscy siedzieli gdzie się tylko da i popijali różne trunki. Była upalna letnia noc i tak dobrze nam się rozmawiało i popijało wino, że później poszliśmy do jakiegoś klubu i natrafilismy na imprezę z muzyką z lat siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i powiem wam, że nie pamiętam kiedy ostatnio byłam na takiej super imprezie i nie pamiętam kiedy ostatnio tak super mi się tańczyło i aż tak dobrze bawiliśmy się, że wróciłam do hotelu o 6 rano. Lekko senna, ale nie aż tak bardzo. Szybki prysznic, niecałe trzy godizny snu i o 9 byłam już gotowa na kolejny podbój Budapesztu.

Koniec końców dobrze się stało, że mnie rozbolała głowa po południu i zmusiło mnie to do trzygodzinnej drzemki, bo dzięki temu miałam wystarczająco dużo energii, żeby przebalować całą noc.

Dzień trzeci: sobota

Był to swego rodzaju fenomen, że wcale nie chciało mi się spać, ale to miasto chyba działało na mnie tak pobudzająco plus dobra zabawa przez całą długą noc. Jak już wpsommiałam wstałam o 9 rano jak gdyby nigdy nic, marzyłam jedynie o mocnej czarnej herbacie. Po śniadaniu pojechałam pozwiedzać ruiny rzymskiego miasta. Pogoda była trochę niepewna i gdzieś w oddali słychać było nadchodzacą burzę, ale na szczęscie ominęła miasto i skończyło się na lekkim pogrzmiewaniu dochodzącym gdzieś z oddali.

O 16 spotkałam się z dziewczynami pod Parlamentem, bo miałysmy bilety na tą samą godzinę, które, notabene, kupiłam dla nas zupełnie przypadkowo i były to już praktycznie ostatnie. Po prostu źle przeczytałam informacje zawarte w przewodniku odnośnie godzin otwarcia kasy biletowej i biegłam jak szalona z kubkiem gorącej herbaty, żeby przed 11 zdążyć kupić bilety. Okazało się, że kasa jest otwarta do 18, ale bilety były już prawie wyprzedane więc w tym przypadku moja nieuwaga okazała się jak najbardziej na miejscu.

Parlament jest naprawę piekny zawrówno sam budynek jak i wnętrze. Bardzo bogaty, wygląda jak pałac królewski, prezentuje się naprawdę rewelacyjnie, ale to, czego na pewno nie zapomnę z tamtej wycieczki to komunistycznej czerwonej gwiazdy, która niegdyś, w czasach ciemnej komuny, zdobiła sam czubek Parlamentu. A dlaczego? Tego akurat nie zdradzę, niech to pozostanie tylko dla wtajemniczonych w cały ten socjalistyczny spisek 😀

Po Parlemncie był czas na wino i planowałysmy iść do jendej z piwnic, gdzie można delektować się różnymi rodzajami wina z różnych części Węgier, ale trochę zniechęcała nas odległość i trochę nam się już nie chciało daleko chodzić więc ostatecznie zaopatrzyłysmy się w węgierskie trunki w supermarkecie i usiadłyśmy nad Dunajem. Przez chwilę pojawiła się w głowie głupia myśl czy tak w ogóle można i czy nie skoćńzy się to mandatem, ale szybko przestałysmy się nad tym zastanawiać. Później znalazłysmy fajną miejscówkę, gdzie mżna było rozsiąść się w wygodnych leżakach z ładnym widokiem na Most Eżbiety i Dunaj. Jeszcze na koniec przespacerowałysmy się po Moście Wolności, który nocą wygląda przepięknie, chyba prezentuje się najładniej ze wszystkich mostów w mieście. Wróciłam do hotelu po  północy i tym razem byłam naprawdę senna.

Dzień czwarty: niedziela

Dzień odjazdu. Dzień pożegnania z Budapesztem. Samolot miałam o godzinie 14, ale cóż, niewiele mogłam zobaczyć w ciągu kilku tych porannych godzin więc spędziłam je na włóczeniu się w okolicach centrum, by raz jeszcze (mam nandzieję, że nie ostatni) spojrzeć na czarujący Budapeszt.

To był naprawdę świetny weekend. Jeden z lepszych. Mimo, że bardzo mało spałam to przyjechałam dziwnie wypoczęta i pełna energii. Wprawdzie podróże, nawet te krótkie, weekendowe, zawsze działają na mnie motywująco i powodują, że wracam pełna sił , pozytywnych myśli i emocji.

Super jest spotkać się z dobrymi znajomymi, tak spontanicznie, bez konkretnego planu, w miejscu, w któym nigdy nie podejrzewałabym, że nasze drogi kiedykolwiek się skrzyżują. Ale życie jest pełne niespodzianek, a spontanczne wyjazdy, nieplanowane wypady i wszystkie przytrafiające się przy tym przygody tworzą zazwyczaj wspaniałe, niezwykłe, cudowne wspomnienia i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.

3 komentarze

  • Justyna Sekuła 13 czerwca 2016 at 23:58

    Ależ tęskno! Uwielbiam ten widok ze Wzgórze Gellerta. Lubisz cmentarze? Jeżeli tak, to kolejnym razem koniecznie musisz odwiedzić Kerepesi: https://en.wikipedia.org/wiki/Kerepesi_Cemetery

    Reply
    • malvibee 14 czerwca 2016 at 00:09

      A dziękuję 🙂 lubię spacerować po cmenatzach i następnym razem odwiedzę na pewno!

      Reply
  • Podsumowanie podróży w 2016 roku – malvibee 30 grudnia 2016 at 09:31

    […] Byłm w lekkim dołku i wtedy uratowała mnie moja dobra znajoma z czasów studenckich Bożena (dzięki!), która niespodziewanie zaproponowała mi wypad do Budapesztu. I tak oto na początku czerwca wylądowałam w stolicy Węgier. Wyjazd gdziekolwiek- to było najlepsze co mogłam wtedy zrobić. W Budapeszcie tak super się bawiłam, że był to zdecydowanie jeden z najlepszych wypadów w ogóle. Pomimo że wycieczka była krótka, to przynajmniej na chwilę pozwoliła oderwać mi się od codzienności i pozwoliła trochę podładować baterie. O Budapeszcie przeczytacie tutaj. […]

    Reply

Leave a Comment