Za każdym razem kiedy spacerowałam pustymi uliczkami po Asten przypominał mi się słynny tekst z filmu „Chłopaki nie płaczą: „przydałoby się trochę polotu i finezji w tym smutnym jak pizda mieście”

Lato w Holandii 2011 roku było nadzwyczaj upalne. Przez kolejne cztery lata nie zdarzyło się takie dugie ciepłe i mało deszczowe lato. Mieszkałam w ośrodku agroturystycznym, 25 km od Eindhoven, w domkach letniskowych. Nie byłam na wczasach. Moje dni skupiały się na pracy od rana do późnego popołudnia. Tuż nieopodal było pole namiotowe, jezioro, jakiś bar i klub, do któego nie wpuszczali Polaków, budka z lodami i tandetne kasyno. Nikt praktycznie tam nie grał, jedynie nałogowi palacze przychodzili kupować tam papierosy z automatu, poza tym kasyno świeciło pustkami. Z resztą to kasyno utrzymywało się głównie ze sprzedaży papierosów, bo palacze głód nikotynowy zaspokoić musieli, a kiedy nagle okazało się, że paczka jest pusta, kasyno było ich ostatnią deską ratunku.

Do najbliższego miasta, Asten, trzeba było spacerować 4 kilometry. Nikomu się nie chciało.Nie było autobusu, szczęściarzem był ten, kto miał samochód albo rower, a takich było niewielu.

Zgodnie z danymi z 2014 Asten liczy około 13 tys. mieszkańców. Będąc w tym mieście powiedziałbyś, że co najwyżej 3 000. Asten przerażało pustkami. Znajdowało się tam co prawda malutkie centrum handlowe, 3 supermarkety, jakieś muzeum, które w moim czasie wolnym było zawsze zamknięte, dwa kościoły, które pewnie też świeciły pustkami, tak zakładam, bo wrpawdzie moja noga nigdy progu żadnego z nich nie przekroczyła, ale biorąc pod uwagę fakt, że w Holandii nie ma zbyt wielu wierzących ani tym bardziej praktykujących, moje założenie miało zapewne odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Nigdy nie miałam okazji sprawdzić czy w ciągu tygodnia w godzianch pracy coś się w tym mieście dzieje. Pewnie się nie działo, bo ta pustka i szarość była specyfiką tego miejsca. W Asten bywałam zazwyczaj późnym popołudniem czy też wczesnym wieczorem, po godzinie 19 i w niedziele. W tygodniu wieczorami moża było spotkać co najwyżej garstkę ludzi na wąskich uliczkach i jeszcze węższych chodnikach, pewnie dlatego, że wychodzili na zakupy do supermarketu natomiast w niedzielę, kiedy wszystkie sklepy były nieczynne, nie było na ulicach dosłownie nikogo.

Od przerażających miast widm czy miast duchów Asten różniło tylko to, że budynki były w miarę zadbane i coś tam jednak w tym mieście funkcjonowało, tylko gdzie ci wszyscy ludzie przebywali i co robili?

Mój pierwszy spacer po wąskich uliczkach, ścieżkach rowerowych Asten przypomniał mi australjskie miasto niedaleko Adelaide, Victor Harbor. Już nie pamiętam z jakiego powodu tam się znalazłam i czego tam szukałam, w każdym razie była to chyba trochę przypadkowa wizyta, bo tylko na parę godzin. Jednak co mnie wtedy w tym mieście uderzyło to właśnie totalna pustka. Przyjechałam tam około godziny 12 w południe. To była niedziela, środek grudnia, upalne lato. W centrum miasta nie było nikogo. Dosłownie. Otwarty był tylko jeden sklep, z którego rozbrzmiewały na całe centrum bożonarodzeniowe piosenki. Kręciłam się tam około dwóch godzin i przez ten czas miałam wrażenie, że wszyscy z tego miasta się wyprowadzili.. Pustka i cisza tam panująca była przjemująca. Victor Harbor liczy także około 13 tys mieszkańcow i podobno jest popularnym miejscem dla turystów szczególnie latem, ale ja chyba po prostu trafiłam wtedy na jakiś dziwny moment.

Pewnie tego miasta nawet bym nie zapamiętała, bo nawet nie pamiętam po co tam byłam, a po drugie, nie miało w sobie nic szczególnego, ale właśnie ta pustka na ulicach wbiła mi się w pamięć na tyle mocno, że pomimo, od tego czasu minęło już dobre 5 lat, pamiętam to miejsce z takimi szczegółami jakbym odwiedziła je kilka godzin temu. Mimo wszystko i tak było przyjemniejsze od Asten, być może ten widok dodawał mu chociaż trochę uroku:

Nie mieszkałam w Asten długo, zaledwie trzy tygodnie. Przez ten okres pamiętam, że tylko raz miasto na chwilę ożyło. W jeden lipcowy weekend przyjechało duże wesołe miasteczko, a rozrywką dla dorosłych były stoiska z piwem i amatorski zepsół śpiewajacy hity lat 80. W tamtą sobotę wieczorem ulice były zakorkowane, tłumy ludzi wbiły się do miasteczka okupując każdą przestrzeń. Asten był nie do poznania. Następnego dnia, pomimo tego, że była słoneczna, gorąca, lipcowa niedziela i wesołe miasteczko nadal tam gościło, wszystko wróciło do porządku dziennego. Znowu było to „smutne jak pizda miasto”.

Nie jestem zwolennikiem mieszkania w małym mieście, ale lubię ten małomiasteczkowy klimat, gdzie czas płynie troche jakby wolniej. Małe miasteczka, robiące wrażenie bezludnych mają swój specyficzny urok, trochę tajemnicy, nutkę melancholii, ale Asten tego uroku nie miało. Było smutne, brzydkie i bezbarwne.

Nawet w parku nikt nie siedział, a to chyba było jedynie miejsce w tym mieście warte uwagi.

Czasami przychodziłam do tego parku ze znajomymi, żeby odpocząć od patologicznego towarzystwa w domkach letniskowych(o tym towarzystkie pisałam tutaj) siedzieliśmy i planowaliśmy wyjazd do Kanady, który, jak wiecie, do skutku nie doszedł. Czasem chodziliśmy też nad jezioro, które chyba było jedyną rozrywką i całe szczęscie, że wtedy było takie ciepłe, słoneczne lato, bo to uchroniło nas od siedzenia w bugalow, wdychania papierosowego dymu i wysłuchiwania zza ściany mądrości życiowych wygłaszanych po niejednej flaszce wódki (a kto w bungalow kiedyś mieszkał ten wie, że to jedna wielka sklejka).

Po trzech tygodniach przperowdziłam się do Rotterdamu i Asten zapamiętałam nie tylko dlatego, że było to pierwsze miejsce, do którego trafiłam w Holandii, nie tylko dlatego, że wyglądało niczym wymarłe miasto i było po prostu brzydkie, ale też dlatego, że było to jak dotąd jedyne miasto, którego ani trochę nie było mi szkoda opuszczać i za którym wcale nie tęsknię , mimo, że bardzo miło wspominam tamto lato.

 

5 komentarzy

  • Justyna Sekuła 18 grudnia 2015 at 10:02

    Na swój sposób intrygujące! Nie wiem, czy aż tak, żeby w nim mieszkać, ale tak jak piszesz – pobyć w nim trochę, po to, aby zapamiętać je ze szczegółami, których trudno dopatrzyć się w wielkim mieście. Ale ja kocham zadupia 🙂

    Reply
    • malvibee 18 grudnia 2015 at 10:17

      Takie miasta mają w sobie coś osobliwego, co, jak to trafnie okreśilaś intryguje i sprawia, że takich miejsc się nie zapomnia.

      Reply
  • Moje miasto | malvibee 30 maja 2016 at 00:01

    […] na zadupiach i było to okropnie męczące.( o jednym z takich miast pisałam tutaj: Najbrzydsze miasto, w którym mieszkałam) Te pustki na ulicach, ta nuda i przerażająca cisza i wciąż kręcenie się w kółko, […]

    Reply
  • 6 wskazówek dla rozpoczynających przygodę z emigracją – malvibee 2 marca 2017 at 21:59

    […] i moje pierwsze trzy tygodnie w Holandii; poczytaj o najbrzydszym mieście, w którym mieszkałam tutaj) To nie dramat! Tutaj podobnie jak w punkcie pierwszym polecam zapoznać się w historią danej […]

    Reply
  • Moje miasto - malvibee 11 czerwca 2017 at 21:33

    […] na zadupiach i było to okropnie męczące.( o jednym z takich miast pisałam tutaj: Najbrzydsze miasto, w którym mieszkałam) Te pustki na ulicach, ta nuda i przerażająca cisza i wciąż kręcenie się w kółko, […]

    Reply

Leave a Comment