Małe miasteczko na południu Polski, które liczy niewiele ponad 6000 mieszkańców. Grybów, czyli miasto na zielonym wzgórzu. Nie ma tutaj anonimowości na ulicach, każdy każdego zna i każdy ma o każdym coś do powiedzenienia, niekoniecznie pozytywnego. Zwykła, szara prowincjonalna egzystencja, gdzie cudze życie i cudze problemy wydają się być zawsze bardziej absorbujące niż własne, a ksiądz to swego rodzaju wyrocznia nie tylko w sprawach wiary.

Kiedyś funkcjonowało w Grybowie małe kino, ale i tak nikt tam nie chodził oprócz szkolnych wycieczek więc je zamknęli. Pamiętam też, że były trzy pizzerie, dwa puby, jakaś kawiarnia i chyba największa restauracja Kaskada, która utrzymywała się z organizacji wesel. Kaskadę zburzono na potrzeby rozbudowania drogi w celu usprawnienia ruchu drogowego. Był oczywiście kościół. Była też szkoła podstawowa, gimanzjum i dwie szkoły średnie. Zwykło się mówić, że grzeczne i dobrze uczące się dzieci wybierały Liceum Ogólnokształcące, cała reszta Zespół Szkół Zawodowych. Chociaż pamiętam rzesze tłumanów w liceum, którzy nie umieli dodawać ułamków więc cały ten podział niewiele miał wspólnego z rzeczywitoscią.

Nigdy nie lubiłam tego miasta. Dla mnie było nudne. Nic się tam nie działo.

Już jako dziekcko wiedziałam, że pozostanie w tym miejscu byłoby czystym marnotrawstem, niewykorzystaniem szans, których jakby nie patrzeć, widzi się więcej, kiedy zaczyna wkraczać się w dorosłe życie niż w momencie, kiedy wielu dochodzi do wniosku, że cała ta dorosłość jest trochę przereklamowana i że fajnie znowu byłoby być dzieckiem. Ja osobiście zdecydowanie wolę dorosłość, ale to chyba zależy od tego, jak kto potrafi sobie w dorosłym życiu radzić. Mniejsza o to.

Byłam przekonana, że cała ta niechęć wynika po prostu ze specyfiki tego miejsca.

Najpierw przeprowadizłam się do dużego miasta, później do innego kraju. Mieszkając w Krakowie byłam wówczas wystarczająco usatysfakcjonowana, bo Kraków dawał mi możliwości, których małe miasto nie było w stanie zagwarantować. Tak mi się wówczas przynajmniej wydawało. Wtedy myślałam, że mogłabym w Krakowie już zostać. Całkiem szybko, bo już po dwóch latach, mój punkt widzenia nieco uległ zmianie. Na trzecim roku studiów miałam dość studenckiego życia i studenckiego miasta. Chciałam czegoś więcej. Po półrocznym powrocie z Australii (kto chce wiedzieć jak się tam znalazłam kliknąć tutaj) odwiedziłam ponownie Kraków, napisałam wtedy o Krakowie w pamiętniku tak:

„Lubię wracać do tego miasta, do ludzi, których tu poznałam, do wpsomnień(…)Nie da się zaprzeczyć, że za Krakowem się tęskni i chętnie się do niego wraca, ale tylko na chwilę. Teraz, mieszkając w Krakowie, chyba bym się nudziła. Jest dla mnie jakby trochę za mały, zbyt tradycyjny?(…)Kocham różnorodność, odmienność, mieszankę kultur całego świata, otwartość i tolerancję, czyli wszystko to, czego Kraków dać mi nie może”( 10, maj 2011, z pamiętnika „Byłam na końcu świata„-może kiedyś opublikuję ten pamiętnik ;))

Teraz wiem, że pisząc to, nie miałam na myśli tylko Krakowa, to było ogólne odczucie w stosunku do Polski i społeczeństwa polskiego. Uświadomiłam sobie wtedy też fakt, że Grybów i życie temtejszej lokalnej społeczności było obrazem ukazującym życie społeczeństwa polskiego tylko że w mniejszym formacie, że wszystkie te cechy małomiasteczkowej mentalności w pewien sposób obrazują cechy społeczeństwa polskiego. Chyba dlatego nigdy tego miesjca nie lubiłam. Nie miało wówczas znacznienia czy będę mieszkać w dużym czy małym mieście czy też na wsi. Wiedziałam, że to nie może być Polska. W niecały tydzień po napisaniu tego tekstu, 15 maja 2011 roku byłam już w Holandii. I mieszkam tutaj to teraz.

Znam ludzi, którzy uparcie twierdzą, że nie wyobrażają sobie przerpowadzki za granicę, bo to wiąże się z przebywaniem z dala od rodziny, z dala od kraju, w którym przecież ma się całe swoje życie. Mówi się, że ludzie na emigracji czują się samotni. Szczególnie na początku nie sprzyja im życie w obcym kraju, bo jest ciężko, bo nie ma wokół bliskich. Jedni płaczą i godzinami wiszą na telefonie, inni topią smutki i tęsknoty w alkoholu, a jeszcze inni stwierdzają, że mają w dupie takie życie, że kompletnie się do tego nie nadają, jeszcze dobrze nie zdążyli rozpakować walizki a już organizują powrót.

Ja nigdy takich dylematów nie miałam. Nie czułam się samotnie, mimo, że do Holandii przyjechałam sama. Czułam się szczęśliwa, że mam okazję spróbować życia tutaj i poznać nowych ludzi.

W pierwszych dwóch latach poytu w Holandii przyjeżdzałam do Polski co pół roku. Kilka razy zdarzyło mi się nawet odwiedzić rodzinne strony dwa razy w przeciągu kilku miesięcy. Ale z biegiem czasu przyjeżdzałam coraz rzadziej. Ciągle odkładałam przyjazd do Polski, bo albo wolałam pojechać gdzieś indziej, albo po prostu z czystego lenistwa wolałam czas wolny spędzić tutaj.

Ostatnio odwiedziłam Polskę po dwóch latach nieobecności. Złapałam się na tym, że dziwnie i jakoś nieswojo rozmawia mi się po polsku. Nie chodzi mi o to, że zapominam słów (aż tak źle nie jest), nie chodzi mi też o potoczne konwesracje w gronie znajomych czy z rodziną, mam tutaj na myśli rozmowy z obcymi osobami, jak na przykład, dopytywanie się czy udzielanie informacji, załatwienie czegoś w banku, wyjaśnienie przez telefon konsultantowi jakieś usterki itp. Złapałam się na tym, że z trudem znajduje odpowiednie słowa, że składam jakieś niespójne zdania, które brzmią jakby jezyk polski nie był moim ojczystym językiem.

Pamiętam, że bardzo nie chciało mi się jechać, ale kiedy byłam na miejscu, przespacerowałam się po Warszawie, spotkałam z dobrą znajomą w Krakowie i odwiedziłam rodzinę w Grybowie, naprawdę świetnie spędziłam czas, ale myślami byłam gdzieś indziej. Cieszę się, że odwiedzaiłam stare śmieci, ale taki wypad jest dobry tylko na chwilę.

To nawet nie jest tak, że nie tęskni się wcale, ale po prostu od pewnych rzeczy człowiek się odzwyczaja. Faktem natomiast jest, że tęskni się mniej, bo odległość i dystans nie wzmacniają więzi, dzieje się tak tylko w początkowych fazach, a później, z biegiem czasu łatwo się zapomina, więzi się osłabiają. Nie jest tak, że życie twoich bliskich zupełnie przestaje cię obchodzić, ale twoje życie w większości skupia się na tym co dzieje się bezpośrednio wokół ciebie, mniej na tym na co i tak bezpośredniego wpływu nie masz.

Coraz mniej czuje się związana z Polską. Nie mieszkam tam od prawie 6 lat, nie mam pojęcia o bieżących sprawach, problemach, którymi polskie społeczeństwo żyje i którymi się emocjonuje. Nawet o ostatnich wyborach dowiedziałam się przypadkiem, tylko dlatego, że odwiedziła mnie znajoma w Amsterdamie (zapraszam ponownie) 🙂 Dlaczego miałoby mnie obchodzić życie, w którym od dawna nie uczestniczę, problemy społeczeństwa i państwa, które w żaden sposób mnie nie dotyczą, nie są moimi problemami.

Z racji tego, że mieszkam w Holandii już pięć lat, mam prawo do otrzymania holenderskiego obywatelstwa. Ze względów czysto praktycznych (chodzi główinie o możliwość podróżowania bez wizy do wielu krajów) chciałam mieć także holenderski paszport. Dowiedziałam, się, że prawo holenderskie nie zezwala na posiadanie podwójnego obywatelswa (są wyjątki, jednak w moim przypadku nie mogę się na nie powoływać) dlatego jednym z warunków jest zrzeczenie się obywatelstwa polskiego. Długo myśałam nad tym i mimo, że jest to tylko kolejny świstek papieru, który tak naprawdę nie zmienił by wiele w moim życiu, no może ułatwił by załatwanie niektórych spraw, to jednak ma ten świstek swego rodzaju symboliczne znaczneie. Wiem, że NL zamiast PL w paszporcie nie jest aż tak bardzo istotne i kluczowe to wolę jednak legitymować się jako obywatel Polski. Może jest to po prostu kwestia przyzwyczajenia, a może jednak mam w sobie jakieś resztki patrioryzmu i więzi, a może po prostu nie kocham Holandii na tyle, żeby stać się jej pełnoprawnym obywatelem.

Wiem, że nigdy nie wrócę się do Polski na stałe, ale mimo to nie chcę się tak oficjalnie z Polską rozstawać. Z sentymentu.

No Comments

Leave a Comment