Zanim wyszłam z holetu zakryłam głowę i część twarzy szalikiem. Nie dlatego, że w Turcji tak trzeba chodzić jak co poniektorym się wydaje. Powodem była moja opuchnięta twarz po wtorkowym zabiegu dentystycznym. Liczyłam na to, że opuchlizna zejdzie po dwóch dniach, a tutaj już sobota a ja nadal wyglądam jak Marlon Brando z Ojca Chrzestnego.

Zaspałam na pierwszy prom do Bursy, który odpływał o 8 rano. Następny o 10:40; trochę późno biorąc pod uwagę, że sama podróż promem to dwie godziny, a dotarcie do centrum to kolejna ekstra godzina. Nie jadę. Trudno. Następnym razem.

Właściwie to nie mam planu B. Nie mam pomysłu na tę sobotę. Dodatkowo weekendowy Stambuł przyprawia mnie o hüzün, czyli swego rodzaju melancholię.

I chociaż kocham Stambuł najbardziej na świecie to czasami jednak nie lubię stambulskich sobót, szczególnie tych deszczowych.

Przepłynęłam na europejską stronę miasta i plątam się w okolicach Eminönü. Jest około 9:30 i póki co słońce rozpieszcza zmęczonych brakiem nadchodzącej wiosny Stambulczyków, ale już widać nadciągające z oddali ciemne chmury. Będzie padać po południu, a to grozi intensyfikacją stanu hüzün.

W powietrzu unosi się zapach pieczonych kasztanów, który kojarzy mi się ewidentnie z jesienią (jesień=melancholia), ktoś krzyczy i namawia wszsytkich przechodniów nie wyglądających na lokalsów na Bosphorus tour, ktoś inny poleca Wyspy Książęce (tam już mnie poniosło ostatnim razem). Spaceruję pomiędzy przystankami i widzę dość długą kolejkę przy jednej z kas biletowych. Prom do Bursy o 10:40. Nie było się nad czym zastanawiać. A co tam, że późno. Jadę! To znaczy płynę!

Oby tylko były jeszcze bilety.

Zaopatrzyłam się od razu w bilet powrotny na 19:45. Uciekam ze Stambułu na kilka godzin. Uciekam od hüzün.

Do Bursy. Oczywiście nie mam pojęcia co tam będę robić, nie wiem co będę zwiedzać. Nie przygotowałam się specjalnie do tej wycieczki.

3 godziny później…

Wysiadłam na złym przystanku, bo ktoś powiedział, że to centrum Bursy, a to nie do końca było prawdą. “I have no fucking idea where I am” myślę sobie i idę przed siebie. Jeżeli w ciągu kilkunastu minut nie dotrę do miejsca, które przypomina centrum, uruchomię google translate i będę pytać.

15 minut później…

Jest. Dotarłam. Jest Bazar i jest Ulu Cami(Wielki Meczet). Coś mi się rozjaśniło, bo gdzieś o tym meczecie już czytałam. Kolejka przed wejściem. Nie taka jak do Błękitnego Meczetu, ale trzeba jednak trochę poczekać. Wszyscy się przepychają, tak że ciężko jest nawet pochylić się i sciągnąć buty, bo grozi to wręcz staranowaniem tuż u progu Wielkiego Meczetu.

Meczet jest czarujący. Zdecydowanie podoba mi się najbardziej. Trochę przypomniał mi zwiedzanie Oude Kerk (Stary Kościół) w Amsterdamie, chyba dlatego, że wnętrze nieco różniło się od wszystkich innych meczetów, które dotychczas odwiedziłam. Tak samo było w przypadku Oude Kerk. Może i dziwne porównanie, ale takie było moje pierwsze skojarzenie.

Cieżko się skupić na detalach wewnątrz meczetu, bo co jakiś czas ktoś mnie szturcha. Jest dość tłoczno. Ktoś się kręci, ciężko zrobić zdjęcia, do tego jakieś panie mnie zaczepiają, ale widząc, że nie wiem o co im chodzi, komentują coś między sobą i jedyne słowo jakie wyłapałam to yabancı. (to chyba o mnie 😀 )

Kupiłam w końcu przewodnik za 15 turekich lir, ale skłamię, jeżeli napiszę, że przydał mi się podczas tej kilkugodzinnej wycieczki.

Pan w informacji turystycznej powiedział, ze w Bursie trzeba zobaczyć Zielony Meczet więc idę, to znaczy przepycham się przez najbardziej zatłoczoną ulicę Bursy- ulicę Atatürka. Czuję lekkie zmęczenie, winię za to ciężkie powietrze i deszczowe chmury, chociaż to pewnie przez tą wtorkową operację i antybiotyki, bo niby powinnam odpoczywać, ale jak tu nic nie robić kiedy ja tak niewiele Turcji jak dotąd zwiedziłam!

Po drodze zatrzymuję się przed pomikiem Atatürka, zawsze tak robię, nie wyobrażam sobie, że mogłabym przejść obok mojej ulubionej postaci historycznej tak obojętnie. Próbuję uwiecznić ten moment, ale po kilku nieudolnych próbach z selfie stickiem poddaję się. Ostatecznie fotografuję pomnik bez mojej opuchniętej twarzy na pierwszym planie.

Nie urzekł mnie Zielony Meczet. Może dlatego, że byłam trochę zmęczona i głodna i to, że po Meczecie kręciło się sporo zwiedzających i to mnie trochę rozpraszało.. Natomiast w Zielonym Mauzoleum obok nie mogłam nawet spokojnie przejść, bo zwiedzający niemalże stawali sobie na głowach, żeby zrobić zdjęcie.

Wracam coś zjeść. W okolicach Bazaru kelnerzy niemal na siłę wciągają mnie do restauracji. Tłumaczę, że nie chcę mięsa ani żadnego kebaba, nawet tego słynnego z Bursy, chcę zupę. Oczywiście uwielbiam kebaby, ale wszystko przez tę opuchliznę i szwy, ciężko jest mi konsumować coś co nie jest płynie, a przynajmniej teraz nie mam na to czasu, bo z twarzą Marlona Brando z Ojca Chrzestnego jedzenie zajmuje mi dwa razy dłużej. Mimo to nadal próbują namawiać mnie na słynnego kebaba z Bursy i przestają dopiero jak odsłaniam kawałek szalika i pokazuje im opuchniętą twarz. W końcu dostaję zupę z soczewicy ( we wszystkich menu to jedyna dostępna zupa).

Ostatnie kilka godzin to podziwianie krajobrazu Bursy. Wlazłam na cytadelę i.. oszalałam na punkcie cudownej panoramy miasta. Zielone wzgórza nad Bursą!

W tym też momencie uświadomiłam sobie, że chyba jednak nie mam lęku wysokości, bo stałam wysoko na wąskim murze i kiedy spojrzałam w dół to przyznam, że trochę się bałam, ale nie był to paraliżujący strach. Po prostu musiałam wejść najwyżej jak się da, dla takich widoków i panoram trzeba pokonywać swoje fobie i urojenia 😀

Szybko pożałowałam, że przyjechałam tutaj tylko na jeden dzień, to znaczy na kilka godzin, bo kiedy miasto zaczęło mnie wciągać na całego, musiałam wracać to Mudanya, żeby nie nie przegapić promu.

W drodze powrotnej do Stambułu czułam jak całe zmęczęnie wychodzi ze mnie. Moje powieki były nadzwyczaj ciężkie, a za każdym razem kiedy tylko zamykałam oczy widziałam te cudne zielone wzgórza.

Czułam lekki niedosyt po tej wycieczce, za mało mi było tego miasta, chcę więcej. Chcę wspiąć się na  zielone wzgórza nad Bursą! I tak prawie zasypiając w drodze powrotnej, w myślach cały czas nuciłam słowa piosenki:

“…uśmiechnij się, na pewno tu wrócisz nie jeden raz”

22.04.2017

No Comments

Dodaj komentarz