Czasami zazdroszczę ludziom, którzy lubią stabilizację, którzy potrafią przeżyć w jednym miejscu całe życie i czują się przy tym spełnieni i szczęśliwi. Czasami zazdroszczę wszystkim tym, którzy nie potrzebują wielkich emocji, nie muszą co chwilę stać na krawędzi, nie potrzebują chwiania się nad przepaścią, żeby móc poczuć, że naprawdę żyją.

Zazdroszczę im tego, że potrafią doceniać, cieszyć się i czerpać radość, szczęście z dnia codziennego, że w ich życiu nie muszą dokonywać się co chwila jakieś rewolucje, żeby mogli naprawdę rozkoszować się życiem.

 

Ja nie potrafię. I czasem to mnie męczy.

 

To, że w Holandii ciągle się gdzieś przeprowadzałam nie wynikało zazwyczaj z konieczności, było raczej nieustanną potrzebą jakiejkolwiek zmiany. Nawet tej na pozór mało znaczącej. Nowe mieszkanie, nowy widok z okna, nowa okolica, nowa trasa do pracy.

 

Z tym, że kiedyś w ogóle tego nie rozumiałam.

 

Kiedy w maju wylądowałam  w Stambule, pierwsze co powiedziałam do siebie kiedy tylko koła samolotu dotknęły ziemi było: „Nie wracam. Zostaję tutaj.” Byłam przekonana, że Stambuł to jest moje miejsce, z którego nie chcę się ruszać.

Mój entuzjazm Stambułem trwał dwa miesiące. Adrenalinę i emocje czerpałam głównie z podróżowania po Turcji i początkowej ekscytacji tym, że w końcu mogę sobie pomieszkać w Stambule i że jestem w nowym miejscu w ogóle.  Po dwóch miesiącach Stambuł już tak bardzo mnie nie kręcił. Cały sierpień przesiedziałam w Stambule i marzyłam o ucieczce.  Zwaliłam oczywiście całą winę na miasto, że to przez to, że zatłoczone, przeludnione, że burdel, że chaos, że za gorąco, że wszędzie daleko. Zamarzyłam znów o Amsterdamie. I wróciłam do stolicy wolności z wielkim entuzjazmem, który trwał… dwa miesiące.

I znów przerabiam wszystko od nowa, znów dopadła mnie proza życia, powracający stan kryzysowy, desperacka chęc zmiany, która zaczyna towarzyszyć mi jak tylko zaaklimatyzuje się w nowym miejscu.

Niby mam pracę, mam znów stały kontrakt, mieszkam w fajnym mieście. Niby wszystko jest w porządku i niby powinnam się cieszyć, bo przecież nic złego mi się nie dzieje, ale ja nie potrafię.

I nieważne jak bardzo bym chciała, nie potrafię czerpać radości z tego, że moje życie jest stabilne. Mogę przeczytać sto tysięcy poradników na temat bycia szczęśliwym, na temat tego, że szczęście to stan umysłu i że można się tego nauczyć i być podobno permanentnie szczęśliwym  ale i tak nic mi to nie da, bo taki już mam beznadziejny charakter, że nie znoszę banalności i rutyny.

I napiszę teraz coś co w dzisiejszym świecie ‘ludzi sukcesu’ i chęci permanentnych awansów, może budzić u niektórych oburzenie, ale ja w ogóle nie mam ambicji, żeby wspinać się po szczeblach kariery.

W każdej korporacji czuję się  jak w więzieniu, chodzę do pracy, bo muszę z czegoś żyć, bo podróże kosztują, ale prawda jest taka, że siedzenie po 8 godzin w pracy strasznie mnie męczy.

Może pomyślicie, że to głupie, że poprzewracało mi się w głowie, że narzekam tak naprawdę bez powodu, ale nic nie poradzę na to, że jedynie bycie w drodze, odkrywanie nieznanych mi dotąd miejsc, błądzenie, gubienie się, towarzyszący mi przy tym strach pomieszany z ekscytacją sprawia, że tylko wtedy czuję się naprawdę szczęśliwa, tylko wtedy czuję, że czerpie z życia najwięcej.

Wszystko co dzieje się pomiędzy jest tylko nudnym skreślaniem dni w kalendarzu, odliczaniem do momentu, kiedy w końcu nie będzie towarzyszyć mi gdzieś z tyłu głowy myśl, że przecież za chwilę trzeba będzie znowu wracać.

 

No Comments

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.