Wysiadam na przystanku. Rozglądam się wokół. Poza przejeżdżającymi samochodami i jakąś kawiarnią, która wygląda na nieczynną, nie ma nic. Zagaduje mnie jakaś Turczynka, która wysiadła razem ze mną. Powiedziała(przez translator) że zaprowadzi mnie do Rumeli Feneri. Idziemy tak około pół godziny, tak do końca nie wiadomo dokąd, bo mimo że ona twardo upiera się, że zna trasę, jej wiedza wydaje mi się jednak trochę podejrzana. W pewnym momencie dziewczyna skręca do jakieś przydrożnej restauracji, a ja zostaje sama na środku ulicy. Odpalam w końcu google map, żeby zobaczyć ile jeszcze muszę przejść. Zrobiło mi się słabo.

No tak, wysiadłam na złym przystanku, Jeszcze ponad 8 km do miejsca docelowego. Ponad dwie godziny spaceru. To nie jest dużo, ale biorąc pod uwagę fakt, że jestem sama, gdzieś na jakimś zadupiu, gdzie nie ma ani jednego domu, do tego jest ponad 30 stopni, a mój zapas wody to jedna butelka i właściwie to nie mam czasu na tak długie spacery…

Wracam o miejsca, gdzie wysiadłam. Sporo pod górkę, ale narzucam sobie tempo, żeby jak naszybciej znaleźć się w miejscu tego nawet nieoznaczonego przystanku. Przez ten pośpiech i lekkie zdenerwowanie, przechodząc przez jakąś metalową barierkę uderzyłam się w kolano na tyle mocno, że polała się krew.

Czekam więc z tym krwawiącym kolanem(bo oczywiście nie mam przy sobie plastra ani bandażu) na kolejny autobus, który ma przyjechać za pół godziny. Taksówkarz, którego w międzyczasie zatrzymałam powiedział tylko coś po turecku i sobie pojechał.

Zatrzymuje się obok mnie jakiś koleś i coś zagaduje. Nie chce mi się z nim gadać, szczególnie, że znowu przez translator, ale on nie chce sobie pójść i oferuje mi… transport do Rumel Feneri. Oczywiście odmawiam i oddalam się kilka kroków. Nie mam zbyt dużego pola manewru, bo nie mogę przegapić kolejnego autobusu, a ten koleś z uporem maniaka namawia mnie na przejażdżkę jego samochodem. Już nie chce mi się mu znowu tłumaczyć, że czekam na autobus który przyjedzie za 20 minut. Ignoruję go totalnie, a on dalej swoje, co jakiś czas pisząc mi na translatorze, że autobus przyjedzie dopiero za godzinę.

Zaczynam tworzyć w głowie czarne scenariusze, ale zaraz myślę sobie racjonalnie, że przecież stoimy tutaj razem, na jakimś zadupiu, gdzie nie ma żywego ducha, tylko co jakiś czas kilka przejeżdzających samochodów, gdyby chciał mnie na siłę wciągnąć do swojego auta już dawno by to zrobił, bo nic nie stoi mu na przeszkodzie.

Ten koleś po prostu ze mną na ten autobus poczekał. Ale jak oczywiście musiałam trochę spanikować i wsiadając do autobusu pomyslałam sobie, że już nie będę jeździć po jakichś wiochach.

Za dwa dni pojechałam na jeszcze większe zadupie. Tym razem dla odmiany po azjatyckiej stronie miasta. Riva– wioska na obrzeżach Stambułu. Tam nawet nie dojeżdza stambulska komunikacja miejska. Sam dojazd z Kadikoy zajmuje prawie 3 godziny, z czego 40 minut trzeba jechać jakimś minibusem, na którym widnieje jedynie tabliczka na przedniej szybie, że przystanek końcowy to Riva.

Przedmieścia Stambułu. Dereseki. Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc i nikt nie mówi ani jednego słowa po angielsku. Czekam na minibusa. Tak z jakieś 20 minut. Jest niedziela przed południem. Mało kto kręci się w okolicy. Stoję przed jakimś lokalnym spożywczakiem, chyba jedynym w okolicy i każdy kto z niego wychodzi badawczo mierzy mnie wzrokiem, co sprawia, że czuję się trochę nieswojo. Właściwie to nie wiem czy ten minibus przyjedzie, bo nie ma tu żadnego przystanku ani tym bardziej rozkładu. Trzeba po prostu wypatrywać go na drodze i łapać niczym okazję.

20 minut później…

Dwóch kierowców i jakiś inny pasażer płci męskiej i ja. Ogólnie nigdy w życiu nie zwróciłabym na to uwagi gdyby nie fakt, że kierowca, nie wiadomo po co, zrobił mi zdjęcie i wtedy moja wyobraźnia zaczęła pracować na pełnych obrotach. Myślę sobie, jeżeli ten pasażer wysiądzie gdzieś wcześniej przed Rivą to ja wysiadam razem z nim, bo nie będę sama jechać z tą dwójką kierowców. Jeszcze na dodatek nie ma wokół dosłownie NIC, same lasy. Taka malownicza trasa… Moją głowę zalewa tysiąc bezsensownych myśli. Overthinking -level expert. „Ale co jeśli wysiądę gdzieś tutaj w tych lasach? Co ja będę robić? Jak się wrócę? Przecież tu kurwa NIC nie ma!”

Do Rivy dojechałam bez żadnych nieoczekiwanych zwrotów akcji. Po prostu spanikowałam bez powodu. Chyba najbardziej przez fakt, że większosć trasy na odcinku Dereseki-Riva to lasy i nic więcej.

Kiedy później wspomiałam znajomym Stambulczykom, że odwiedziłam Rivę to przetarli oczy ze zdziwienia, bo żaden z nich jeszcze nigdy tam nie był. Pomyślałam sobie wtedy, że ci kierowcy chyba nigdy nie widzieli tutaj żadnego turysty skoro nawet sami Stambulczycy tam nie jeżdzą. Pewnie dlatego zrobili mi to zdjęcie.

Po co ja w ogóle o tym piszę?

Bo często słyszę od wielu dziewczyn: „Pojechałabym do Stambułu, ale się boję” „Boję się terroryzmu”(tak ,bo cała reszta świata jest superbezpieczna), „boję się, że ktoś mi tam coś zrobi” „Boję się, że ktoś mnie tam porwie i sprzeda na organy” I moje ulubione: „a ty nie boisz się sama tam jechać?”

A jest się czego bać?

Jak wyczytaliście z powyższych historii: czasami boję się. I tak samo trochę się bałam pierwszy raz jak jechałam do Turcji. Bo jechałam tam sama, do zupełnie obcego mi miejsca. Bałam się kiedy pierwszy raz zobaczyłam patrol policji rozstawioną na całej ulicy (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tam jest to całkiem normalne i nikogo nie dziwi oprócz mnie), bałam się kiedy jechałam sama do Ankary i kiedy zgubiłam się na chwilę w Bursie. Ale nie tylko w Turcji zdarzyło mi się, że ogarnął mnie strach. Tak samo było podczas wycieczki do Brukseli, gdzie ciągle zaczepiali mnie jacyś żebracy, boję się tak samo  kiedy w Amsterdamie wracam do mieszkania po nocnych seansach kinowych (najbardziej bałam się po filmie Gone girl) i cholernie się bałam kiedy jechałam do Australii i kiedy w Himaljach zaczełam odczuwać pierwsze objawy choroby wysokościowej. I mogłabym tak dalej wymieniać. I zawsze trochę się boję kiedy jadę w jakieś nowe miejsce i to jest zupełnie naturalne, ale strach to nie jest dla mnie argument, żeby zostać w domu.

Najważniejsze czego nauczyłam się podczas tych wszystkich dziwnych sytuacji, w których panikowałam jest to, że strach ma wielkie oczy, a ja miewam tendencję do dramatyzowania, już coraz rzadziej, ale czasem jeszcze mi się to zdarza. Celowo przywołałam te dwie powyższe historie, bo one najlepiej obrazują, że strach to tylko wytwór naszej wyobraźni.

Jedyne co tak naprawdę ma znaczenie to nauczyć się realnie oceniać daną sytuację i wiedzieć kiedy i gdzie można wyjść na piwo, a kiedy lepiej zostać w domu.

Turcja jest bezpieczna?

Tak, o ile będziecie zachowywać się w granicach rozsądku. Czyli dokładnie tak jak w każdym innym miejscu. Tak jak ja nie plątam się sama po klubach i nie imprezuję po nocach w Amsterdamie tak nie robię tego w Stambule ani w żadnym innym mieście (nawet w rodzinnym Grybowie nie łażę sama po nocach), nie zapuszczam się w rejony południowo-wschodniej Turcji, wieczorami nie plątam się sama po obskurnych dzielnicach, gdzie nic nie ma, a ja nie mam tam czego szukać. Jeżeli ktoś mnie zaczepia (a to głównie tylko w turystycznych miejscach i nie są to jakieś nachalne zaczepki) nie odpowiadam wcale, nie przyjmuję też zaproszeń od przypadkowych podrywaczy, a najlepszą odpowiedzią na wszystkie podrywy jest totalne zignorowanie ulicznego casanovy, ewentualnie zdanie: „I am married„.

Wiem, że dużo osób ciągle powtarza, że Turcja jest niebezpieczna ze względu na terroryzm, ale jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności nie mają problemu z tym, żeby pojechać na urlop do Paryża, Londynu, Barcelony, gdzie wcale nie jest bezpieczniej. Terroryzm dawno przestał być problemem danego kraju czy regionu, to problem globalny i jeżeli kogoś ogarnia strach, że może zginąć w terrorystycznym ataku, niech lepiej w ogóle nie wychodzi z domu. A tak na marginesie, to dużo większe jest prawdopodobieństwo zginięcia w wypadku samochodowym niż w ataku terrorystycznym,

Turcja nie jest niebezpiecznym krajem, a ci co myślą inaczej powinni oglądać mniej telewizji, a więcej podróżować.

1 Comment

  • peregrino 11 października 2017 at 04:43

    bardzo fajna i potrzebna notka .. chyba każdy samotny podróżnik miewa takie chwile zwątpienia gdzieś w nieznajomym terenie choć zdaję sobię sprawę, że szczególnie podróżnik kobieta … podziwiam i pozdrawiam

    Reply

Leave a Comment