Niedziela rano

Czekam w kuchni aż woda zagotuje się na herbatę. Patrzę na szyby zalane deszczem. Na zewnątrz jest ciemno jakby zbliżala sie noc, a przecież jest tuż po 10:00 rano. Wiatr jest nadzwyczaj silny, targa i szarpie drzewami, które powinny być zielone, bo w końcu jest środek lata, ale bardziej przypominają wczesno-jesienny krajobraz. Amsterdamskie lato.

Kilka godzin później

Eindhoven jest zachmurzone i wietrzne. Na szczęscie nie pada deszcz. Autobus na lotnisko jest jak zawsze wypchany po brzegi, ale udało mi się usiąść i nie muszę bujać się z dwoma plecakami w rytm jazdy autobusu.

Nie lubię lotniska w Eindhoven. W ogóle nie lubię małych lotnisk ani tanich linii lotniczych. I prawie nigdy nimi nie latam (o powodach mojej niechęci napiszę może innym razem), akurat teraz leciałam Wizzairem, bo leciałam z koleżanką.

Lotnisko w Eindhoven jest małe i zatłoczone. Jeden bufet, gdzie były gigatnyczne kolejki, czekałyśmy dobre pół godziny na głupie frytki, a dodatkowo obsługa była tak nieuprzejma, że aż chciało się stamtąd spierdalać. Została nam już niecała godzina do odlotu, pijemy wino i mamy już wszsytko w dupie. Zaczynamy urlop.

Dwie i pół godziny później

Lotnisko w Budapeszcie. Wylądowałysmy planowo, bez żadnych opóźnień. Z racji tego, że Wizzair nie chce płacić za parkowanie w przyzwoitej strefie lotniska ani za autobus, który podwozi pasażerów, parkuje gdzieś na szarym końcu i trzeba kawałek się przespacerować, żeby znaleźć się na terminalu. Kiedy tylko wysiadłam z samolotu uderzyła mnie fala ciepła, 30 stopniowy upał. Słońce. Prawdziwe lato. Słoneczny Budapeszt. Cieszyłyśmy się jak głupie. Może to dla niektórych wydaje się głupie i dziwne, ale kiedy się mieszka w Holadnii taka pogoda to wielkie wydarzenie.

Z lotniska odebrał nas chłopak mojej koleżanki i mineły około dwie godziny zanim dotarliśmy do wioski, w której mieliśmy odebrać resztę rzeczy. Rodzina znajomego przywitała nas palinką, która jak się później dowiedziałam i sama przekonałam znajduje się w każdym węgierskim domu i oferuje się degustację domowym specjałem każdemu przybyłemu gościowi.

Było już późno, a my prosto z podróży, trochę brudne i po całym dniu zmęczone chciałyśmy nieco odpocząć. Kiedy opuściliśmy dom było około 22 i było już ciemno. Zanim wsiadłysmy do samochód moja koleżanka powiedziała:

-Malwina, patrz w niebo, gwiazdy!

-O kurwa!- niemalże krzyknęłam- nie pamiętam kiedy ostatni raz widziałam gwieździste niebo. Takie piękne! W tym momencie przypomniało mi się lato z czasów mojego dzieciństwa, bo wtedy często leżeliśmy na trawie i patrzyliśmy się w gwiazdy.

Wiem, że pewnie ktoś sobie pomyśli, że o co cały ten zachwyt i podniecenie, ale w Holadnii zobaczyć gwieździste niebo to jak znaleźć czterolistną koniczynę. Holenderskie niebo jest wiecznie zachmurzone więc o gapieniu się w gwiazdy można jedynie pomarzyć.

Dotarliśmy do domu na wsi, gdzie dzięki uprzejmości znajomego, który zostawił nam klucze mogliśmy przenocować. Wypiliśmy trochę wina i zasnęliśmy jak dzieci, zmęczeni po bardzo długim dniu.

Następnego dnia

Obudziłam się wcześnie rano. Taka rześka i pełna energii. Wiejskie powietrze. To się czuje. Lekkie, świeże, dające pozytywnego kopa, takiego, że nie chce ci się wylegiwać w łóżku i nie masz problemu z wyjściem spod kołdry. Zobaczyłam promienie słonczene przedzierające się do środka i wiedziałam, że to będzie kolejny słoneczny dzień gorącego lata. Jest cudownie.

Gdzieś pomiędzy wtorkiem a sobotą

Na festiwal O.Z.O.R.A. dotarliśmy we wtorek przed południem. Na szczęście pogoda była wręcz wymarzona, ponad trzydziestostopniowe upalne dni, czyli to, czego najbardziej mi brakuje. W taką pogodę nawet bardzo zimny prysznic nie jest problemem i jest całkiem znośny. Jedynie mycie włosów jest hardkorowe, ale takie klimaty nie były mi bynajmniej obce, przecież mieszkanie w kampingu w Australii czasami oferowało tego typu atrakcje, nie mówiąc już o Nepalu, gdzie brak ciepłej wody był czymś całkiem normalnym, a przynajmniej nikogo nie dziwił. Dni upływały leniwie,  trochę na odkrywaniu uroków festiwalu, trochę na nic nie robieniu i po prostu wygrzewaniu się w słońcu, trochę na popijaniu wina. Smartfon został zapomniany i gdzieś porzucony i nie pamiętam kiedy ostatni raz tak mało wszystko mnie obchodziło.

W piątek wieczorem pogoda dramatycznie się popusła. Zaczęło się od zimnego wiatru, a skończyło na całonocnej ulewie i burzy, która ustała dopiero około 08:00. Ciężko było wyjść ze śpiwora w sobotę rano. Było zimno. Poszłam po gorącą herbatę jakieś siedem minut spaceru od namiotu. Wszędzie było morko i wszędzie było pełno błota. Zdecydowanie było za zimno na zimny prysznic. Po raz pierwszy prysznice świeciły pustkami, nikt nie odważył oblać się lodowatą wodą. Około południa nieco się przejaśniło, wyszło słońce, pomimo lekkiego wiatru było ciepło i przyjemnie więc po raz kolejny pojechalismy nad Balaton. Obudziliśmy się pyszną Ice Coffee, pospacerowaliśmy i posiedzieliśmy nad jeziorem, rozmwiając o podróżach, planach i marzeniach. Późnym popołudniem wróciliśmy na koncert, a wieczorem już byliśmy z powrotem w domu na wsi. Prysznic pod ciepłą wodą po pięciodniowej przerwie w dostawie ciepłej wody. Zajebiste uczucie. Przed zaśnięciem kieliszek palinki i trochę wina z mineralną wodą (tak się pije wino na Węgrzech). Jutro już niedziela i czas na powroty.

Niedziela po południu

Eindhoven jest zachmurzone i wietrzne. Na szczęście nie pada deszcz. Ale już czuję tą diametralną róznicę temperatur. Jestem zmęczona lotem, a tu jeszcze muszę dowlec się pociągiem do Amsterdamu. Z jednej strony dopada mnie senność i zmęczenie po całym dniu, ale z drugiej strony jestem wypoczęta i zadowolona. W myślach przywołuję upalne dni minionego tygodnia, orzeźwiający zimny prysznic, gwieździste niebo, czyste, świeże wiejskie powietrze, błękitne wody Balatonu i myślę sobie, że zbyt łatwo przychodzi nam narzekanie podczas gdy proste rzeczy, które znajdują się i dzieją się wokół nas dają tysiące powodów do radości i uszczęśliwiają. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni punkt odniesienia.

1 Comment

  • Podsumowanie podróży w 2016 roku – malvibee 30 grudnia 2016 at 09:31

    […] Tuż po powrocie z Budapesztu moja dobra znajoma Marta zaproponowała mi wypad na Węgry na festiwal O.Z.O.R.A. (Dzięki Marta!) Nie moja muzyka, nie moje klimaty, ale pomyślałam, że co tam, ważne, że jadę z fajnymi ludźmi. I chociaż, jak wspomniałam, festiwalowa muzyka nie była totalnie dla mnie to tydzień spędzony na festiwalu był naprawdę superfajny. Cudowne upalne lato, beztroski tydzień nicnierobienia, odcięcie od świata, spanie pod namiotami i popijanie węgierskiego wina domowej roboty. Czy można chcieć czegoś więcej? O tym wyjeździe wspominałam tutaj. […]

    Reply

Leave a Comment