Jakoś w tamtym roku w internecie rekordy popularności bił list młodego Polaka, który wyjechał na Wyspy Brytyjskie i w liście pt:”Dlaczego nie wrócę” wyjaśnia powody swojej emigracji i niechęci do Polski. W odpowiedzi otrzymał list: „Nie po to kończyłem studia, żeby pakować ciastka” (oba listy możecie przeczytać tutaj). I ten z kolei ostro jedzie po emigrantach, że wyjeżdżają za granicę i pracują jako tania siła robocza, wkłada wszystkich emigrantów do jednego worka, traktuje ich jak idiotów, którzy dają się dymać w obcym kraju. On za to został w Polsce i zarabia miliony. Super. Gratuluję i życzę mu dalszych sukcesów. Zgadzam się z nim, że Polska również daje możliwości rozwoju i nie jest krajem nędzy i biedy, ale nie uwżam, że Polska daje tych możliwości, jak twierdzi autor, więcej czy też, jak twierdzą inni, mniej albo wcale. Na swoim przykładzie i doświadczeniach opowiem wam jakie były moje początki i jak wygląda to dzisiaj.

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie także pewna sytuacja. Otóż ostatnio koleżanka ze studiów powaliła mnie swoją reakcją, kiedy z niedowierzaniem pytała się jak to możliwe, że ja mając wyższe wykształcenie pracowałam w Holandii w magazynie. Otóż już wyjaśniam , zaspokajam ciekawość i otwieram oczy tym, którzy myślą, że za granicą wszyscy witają cię z otwartymi ramionami, a headhunterzy, jak tylko dowiedzą się, że przekroczyłeś granicę, bombardują cię wiadomościami i mają dla ciebie tysiące ofert pracy.

Przyjechałam do Holandii z dyplomem z politologii (hehe) i nie wiedziałam nawet jak poprawnie powiedzieć po holendersku „dzień dobry”. Moim początkowym celem był kilkumiesięczny pobyt i zarobienie na kolejną podróż.(kto chciałby wiedzieć więcej szczegółów o motywach wyjazdu polecam tekst: Skąd pomysł na wyjazd?) A że nie chciałam mieszkać i pracować w Poslce, postanowiłam połączyć sobie mój zarobkowy cel ze zwiedzaniem i pomieszkaniem sobie w innym kraju. Ale prawda jest taka, że nawet gdybym przyjechała tutaj z wielkimi ambicjami i marzeniami o karierze nie uważam bynajmniej, że moje początki w tym kraju wyglądałyby inaczej.

A początki były takie, że przez pierwsze tygodnie mieszkałam w domkach letniskowych z patologią i pracowałam po różnych magazynach jako flex-worker, czyli brałam wszystkie zlecenia, jakie akurat tymczasowa agencja pracy miała w ofercie. Często pracowałam w weekendy i święta (przyejchałam w maju, a w tym miesiącu jest akurat dużo dni wolnych w Holandii), często po kilkanaście godzin dziennie. Bywało, że pomimo zaplanowanego dnia wolnego rano budził mnie telefon od pośrednika z aktualną propozycją pracy. Nigdy nie odmawiałam, pomimo że nie zawsze miałam do pracy wielki zapał, ale wiedziałam po co tu przyjechałam, na jaki cel chcę przeznaczyć jak najszybciej zarobioną kasę i przede wszystkim wynieść się z patologicznych bungalow (co udało mi się po 3 tygodniach) i to była wystarczająca motywacja do wstania w łóżka. Pracowałam w różnych magazynach, pakowałam warzywa, sałatki(dzięki temu doświadczeniu nigdy nie kupię gotowej sałatki ze sklepu, ale może nie będę opowiadać o tym jak się ją pakuje ;)).Był też magazyn z ciuchami, tuszami do drukarek, smartfonami i nawet z turbinami gazowymi. To nie były lekkie i przyejmne prace, za to bardzo motywujące do nauki języka holenderskiego i inwestowania w siebie, a to się zawsze opłaca.

To nie jest tak łatwo, jak niektórym się wydaje, że pryjeżdżasz do obcego kraju, roznosisz CV po korporacjach i czekasz aż do ciebie zadzwonią. Ja przyjechałam do Holandii sama i moja sytuacja mieszkaniowa i finansowa nie pozwalała mi na rozglądanie się za pracą, płacenie czynszu z oszczędności i czekanie aż ktoś zaproponuje mi stanowisko adekwatne do moich kwalifikacji, których, notabene, wtedy nie miałam.

Nie piszę po tego po to, żeby się usprawiedliwiać, bo nie mam ani takiej potrzeby ani powodu, żeby komukolwiek się z tego tłumaczyć, ale piszę to po to, żeby chociaż trochę zasysować sytuację i dać niektórym do zrozumienia, że początki w nowym kraju nie są wcale takie łatwe.

Poza tym, z racji tego, że jesteś imigrantem na początku masz nieco pod górkę. Chociażby dlatego, że nie jesteś w swoim kraju, zaczynasz od zera, musisz się zaaklimatyzować, nauczyć żyć w nowym miejscu, poznać reguły, zasady, znać swoje prawa, bo inaczej łatwo możesz zostać oszukanym przez nieuczciwą agencję pracy( krętactwo jest wszędzie).

Jest kilka trudności i przeszkód, z którymi musisz się zmierzyć i przez które musisz przebrnąć.

Nie twierdzę, że początki każdego imigranta wyglądają tak samo. Można przyjechać i na dzień dobry dostać super posadę nawet ze znajomością jedynie języka angielskiego, ale trzeba mieć do tego odpowiednie kwalifikacje, trzeba być wyspecjalizowanym w danej dziedzinie, mieć nie tylko dobre wykształcenie, ale też kilka lat konkretnego doświadczenia. Natomiast jeżeli jest się świeżo po politologii, socjologii, dziennikarstwie i tym podobnych perełkach i szuka się pierwszej za granicą pracy to nie jest łatwo dostać nawet zwykłą posadę w administracji, bo zawsze na twoje miejsce wolą zatrudnić kogoś kto ma NL w paszporcie, nawet jeżeli do wykonywania danej funkcji nie ma jakichś szczególnych wymagań.

Wiem, że nie brzmi to optymistycznie, ale tak to w praktyce często wygląda.

I tak też było w moim przypadku. Kiedy po półrocznym pobycie uznałam, że wylgąda na to, ze w Holandii na jakiś czas zostanę zapisałam się na kurs holenderskiego. Po ukończeniu kursów, czyli po dwóch latach mojego pobytu w Holandii zdałam państwowy egzamin z holenderskiego(NT2) i tak bardzo byłam tym faktem usatysfakcjonowana, że rzuciłam kolejną pracę. I znalazłam lepszą, gdzie po niecałym roku awansowałam co spotkało się z zazdrością i zawiścią holenderskich kolegów z pracy, którzy zostali w tyle.

Wiem, że nie jest to urzekająca, powalająca na kolana historia, ani żadne wielkie osiągnięcie ani też super imponujące i nadal nie mam na koncie milionów euro, ale mówię o tym po to, bo mam nadzieję, że dzięki temu pewne rzeczy i pewne sprawy staną się dla niektórych bardziej jasne i zrozumiałe. Zarówno dla przecierającej oczy ze zdziwienia koleżanki jak i dla autora listu o pakowaniu ciastek.

Nigdy nie żałowałam i nie żałuję, że wyjechałam z Polski, bo jednak w Polsce było (i nadal jest) dużo rzeczy, które mi się nie podobają i które mi przeszkadzają(polecam teskt: 5 powodów, dla których nie wracam do Polski). Wcale nie wstydzę się tej pracy, którą wykoywałam tutaj, bo była ona jedynie chwilowym przystankiem na drodze do osiągnięcia innych celów. Nie obchodzi mnie, że koleżanka przeciera oczy i otwiera koparę ze zdziwienia, że plątałam się po magazynach, a ona w tym czasie zrobiła magisterkę, która niewiele zmienia w jej sytuacji zawodowej i zaczynała pracę w jakiejś tam korporacji, ale dalej nie stać ją na wynajęcie mieszkania. Nie jest moim celem krytykowanie kogokolwiek, bo każdy żyje sobie tak jak mu jest najwygodniej. Chcę jedynie podkreślić, że cieszę się bardzo, że zdecydowałam się wyjechać, bo zaczynając życie w innym kraju, nauczyłam się dużo więcej i zdobyłam znacznie cenniejszą i bardziej przydatną życiowo wiedzę niż gdybym w tym czasie została w Polsce, gdzie po prostu nie mieszkało mi się dobrze i robiła magisterkę z politologii czy czegoś tam.

Wracając do autora listu o pakowaniu ciastek chciałam jeszcze dodać, że wyjazd za granicę nie oznacza, że jest się skazanym na nakurwianie na linii produkcyjnej całe życie. I wcale tej teorii sobie nie wymyśliłam, ale wiem to z własnego doświadczenia i mam też wielu znajomych tutaj w Holandii czy w Anglii, którzy, tak jak ja, zaczynali od prac, które jak to określił autor listu (słusznie zresztą) „można wykonywać również kończąc edukację na podstawówce”, ale ich całe życie nie kręciło się wokół taśmy produkcyjnej i jadących po niej ciasteczek; w międzyczasie inwestowali w siebie i dzięki temu też zajmują dziś wysokie, dobrze płatne stanowiska i niektórzy także pozakładali własne firmy. Ku zdziwieniu autora listu i innych, za granicą także jest to możliwe(!)

Poza tym kraje Europy Zachodniej  są lepiej rozwinięte niż Polska i na przykład w Holandii (powiem na jej przykładzie, bo tutaj mieszkam) jest dużo lepsza opieka zdrowotna, dobrze rozwinięta infrastruktura (do poczytania: 5 powodów, dla których w Holandii dobrze się mieszka) czy też bardzo przyjazne dla pracowników prawo pracy (jeżeli jesteś zatrudniony bezpośrednio w firmie, bo przez tymczasową agencję pracy bywa z tym różnie), i takie rzeczy wpływają na standard i jakość życia i między innymi dlatego, kraje Europy Zachodniej w rankingach państw, gdzie najlepiej się mieszka zajmują zawsze wysokie pozycje czego o Polsce powiedzieć nie można.

Cieszę się, że autor listu jest dumny, że został w Polsce, dorobił się i że nie musiał wyjeżdzać za granicę i wykonywać prac, które są dla niego poniżające. Do wszystkiego doszedł dzięki ciężkiej pracy. Ja nie musiałam wyjeżdżać, ale chciałam i też jestem z tego dumna, mimo, że na początku „pakowałam ciastka”.

Każdy gdzieś zaczynał i nie od razu awansował na wysokie stanowisko i nie od razu zarabiał pięciocyfrowe kwoty. Początki zawsze są ciężkie i nieważne co robisz i czy pracujesz w Holandii, Anglii, Stanach czy w Polsce wszędzie musisz poświęcić sporo czasu i energii, żeby coś osiągnąć. Jeżeli nie masz ambicji, czy też wystarczającej determinacji i motywacji do realizowania planów i poprawy swojego bytu to nieważne czy zostajesz w swoim kraju czy wyjeżdżasz za granicę zawsze będziesz „pakował ciastka”.

7 komentarzy

  • Basiek 6 lutego 2016 at 23:23

    Skończyłam ekonomię z wynikiem bardzo dobrym na studiach i chyba niedługo też będę pakować ciastka bo wolę pakować ciastka za granicą za euro niż w Polsce za złotówki 😉

    Reply
    • malvibee 6 lutego 2016 at 23:43

      Zdecydowanie bardziej się opłaca! sama się o tym przekonałam 🙂

      Reply
  • Czy warto emigrować? – malvibee 1 grudnia 2016 at 07:37

    […] Nie lubię się powtarzać, ale podkreślę raz jeszcze, że początki nigdy nie są łatwe, szczegónlie w obcym kraju, ale to od ciebie zależy czy będziesz chciał pójść dalej czy dołączysz do grona zakompleksionych emigrantów, którzy wolą opowiadać niestworzone historie i wyobrażać sobie, że ich życie jest piękniejsze niż pokazuje rzeczywistość. Jeżeli chcecie przeczytać nieco więcej o moich początkach pracy w Holandii i o początkach pracy za granicą w ogóle to zapraszam to przeczytania tekstu „Też pakowałam ciastka, czyli słów kilka o pracy za granicą„ […]

    Reply
  • Koharu 5 grudnia 2016 at 14:00

    Hej, tekst bardzo ciekawy i pouczający, ale sporo literówek, które wynikają z rytmu podczas lektury 🙂

    Reply
    • malvibee 5 grudnia 2016 at 14:33

      Dziękuję za komentarz i uwagę o literówkach, już poprawiłam (mam nadzieję, że nic nie przeoczyłam) 😉

      Reply
  • Bożenka 5 września 2017 at 11:39

    To ja podpytam jak się pakuje sałatki 😉 ?

    Reply
    • Malwina Blicharz 5 września 2017 at 19:59

      Podam jeden przykład: wszystko co spadnie z maszyny na podłogę jest zamiatane i wrzucane z powrotem do maszyny po to, żeby znów sobie jechało po taśmie i zostało spakowane do pojemnika, który następnie dostanie odpowiedni label z logo konkretnego sklepu i trafi tam na półki.
      PS Na podłodze była kupa syfu zmieszana z wodą.

      Reply

Leave a Comment