05:00 rano. Lekko niedospane, jak to zwykle bywa jeśli śpi się na skrzypiących pryczach i dodatkowo ma się za ścianą rozwrzeszczanych Hindusów, czekamy przed kasą biletową (to znaczy tą blaszaną budą), żeby kupić bilety do Jomsom. Myślałyśmy, że nie będzie kolejek o tak wczesnej porze, jednak grupa Hindusów już okupowała budkę. Nie była to długa kolejka więc nawet nie przeszło nam przez myśl, że może zabraknąć biletów.

Sprzedaż biletów szła bardzo powoli, mozolnie, wlokła się, a wszystko dlatego, że każdy bilet wypisywany był ręcznie (tradycyjnie długopis, kalka i nepalskie poczucie czasu, czyli nie ma pośpiechu, na wszystko jest czas). Ten ekstremalnie wolny proces nieco mnie zestresował, bo autobus miał odjechać niby o 6:00, a tu kolejka niemalże stoi w miejscu i co jakiś czas Hindusi wpuszczają do kolejki jakichś znajomych. Miałam przez moment wrażenie, że czas totalnie się zatrzymał. W końcu po prawie godzinnym oczekiwaniu, dzieliła mnie od okienka kasy biletowej zaledwie jedna osoba, bilety wciąż były dostępne. Poczułam ulgę, że zaraz wsiądę do autobusu. Nie mogło być aż tak kolorowo. Jakieś dziecko co jakiś czas zaczepiało mnie i chciało sprzedać mi wodę mineralną, nie chciało odejść nawet na krok, patrzyło na mnie dużymi brązowymi oczami, zrobiło mi się dzieciaka żal i już chciałam tę wodę od niego kupić kiedy nagle usłyszałam tuż przede mną Hinduskę, która poprosiła o 10(!) biletów do Jomsom. Natychmiast dwie obawy zrodziły się w mojej głowie: pierwsza to ręczne wypisywanie 10 biletów, które zajmie pewnie godzinę i pomimo, „no fixed time” autobus odjedzie nam z przed nosa, drugą obawą była niewystarczająca ilość biletów. No i oczywiście druga opcja stała się rzeczywistością.

tymczasem w kolejce do kasy biletowej…

two tickets to Jomsom, please- moja twarz podobnie jak mój lekko drżący głos zdradzały niepokój

no more, tomorrow– odpowiedział uprzejmie, z uśmiechem na twarzy dokładnie ten sam pan, który poprzedniego dnia dał mi bardzo ważną lekcję na temat „no fixed time

Kiedy Emilia to usłyszła nieziemsko się wkurwiła. Zaczęła wrzeszczeć na biednego sprzedawcę, który wydawał się niewiele rozumieć z tego całego zamieszania. Jedyne co zrozumiał to fakt, że nie zamierzamy po prostu tak tego zostawić, odejść i czekać na „być może” jutrzejszy autobus. Grzecznie poprosił o zachowanie spokoju i poszedł na szybki meeting chyba z jakimś kierowcą. Po niecałej minucie wrócił i sprzedał nam te nieszczęsne bilety i pokazał autobus, którym bedziemy jechać.

 

Kiedy wszyscy wsiedli do autobusu skromnie zauważyłyśmy, że jesteśmy jedynymi turystkami i jedynymi kobietami w autobusie. Cała reszta to młodzi nepalscy żołnierze, którzy jechali do jednostki wojskowej. Jak widać na zdjęciach siedzenia nie były zbyt wygodne, a autobus był zakurzony i brudny(typowy środek nepalskiego teansportu publicznego), ale te wszystkie małe niedogodności nie miały absolutnie najmniejszego znaczenia po tym, jak tylko ruszyliśmy z miesjca.

Od samego startu autobus kołysał się z jednej strony na drugą. Droga była skalista, wyboista, a autobus jadąc, dosłownie skakał „góra-dół”. W normalnych okolicznościach nie byłby to wielki problem, ale w tym wypadku był jeden istotny szczegół: jechaliśmy przez Himalaje, po wąskiej jak ścieżka rowerowa drodze, „udekorowanej” najróżniejszymi kamieniami, najróżniejszych kształtów i rozmiarów. Po jednej stronie drogi rozciagały się przepiękne góry, po drugiej zaś- mała, niewinna przepaść…

W pierwszych minutach myślałyśmy, że to tylko chwilowe niedogodności na drodze, ale szybko zdałyśmy sobie sprawę w co się wpakowałyśmy i uświadomiłyśmy sobie, że przed nami 9 godzin takiej „cudownej” przygody.

 

Siedziałam tuż przy oknie z widokiem na tę niewielką przepaść. Za każdym razem kiedy autobus przchylał się w moją stronę wyglądało to jakby zaraz właśnie miał tam wpaść, rozbić się o masywne skały i stoczyć się na samo dno. Krzyczałyśmy jak szalone. Ze strachu, rzecz jasna. Momentami kręciło mi sie w głowie, byłam zestresowana, przerażona, ale jednocześnie super podekscytowana. Z jednej strony chciałam wysiąść z tego autobusu, ale z drugiej strony ta szalona jazda strasznie mi się podobała. Spojrzałam na Emilię i powiedziałam:„spadniemy”, a ona na to: „wiem” i zaczęła wymieniać rzerzy, które zrobi, jeśli tylko przeżyjemy tę trasę. To było straszne i zarazem śmieszne. Bylyśmy cholernie przerażone, ale jednocześnie śmiałyśmy się z tego, w co się wpakowałyśmy. Poziom adrenaliny był ekstremalnie wysoki, ale to było w tym najlepsze, bo od czasu to czasu po prostu potrzebujemy takich doświadczeń, żeby poczuć, że naprawdę żyjemy, potrzebujemy tej odrobiny szaleństwa i emocji, bo przecież bez tego życie było by jakieś takie nudne.

 

Krzyczałyśmy za każdym razem kiedy autobus wisiał nad krawędzią, a cała reszta pasażerów miała z nas niezły ubaw, dla nich było to normalne, dla nas totalnie odjechane. W międzyczasie przypomniałam sobie słowa jednego z taksówkarzy, który poprzendiego dnia oznajmił nam, że druga część trasy jest znacznie gorsza.

-Emilia, pamiętasz co wczoraj powiedział ten taksówkarz o drugiej częsci trasy?

ja pierdole– szepnęła pod nosem Emilia.

W końcu opiekun autobusu* zapytał :”co się dzieje?” był jakby zaskoczony tym, że jesteśmy tak bardzo przerażone. Doradził nam: „nie patrzecie w dół, patrzcie na szczyty, tam jest stabilny punkt”. Pomimo że, momentami widok stromych, skalistych zboczy i wiszącego nad nim naszego autobusu był przerażający, nie mogłam oderwać od tego widoku wzroku. Krajobraz był zbyt piękny, żeby na niego nie patrzeć.

 

Po kilku godzinach nieco przywykłyśmy do tej szalonej jazdy i w wielu sytuacjach nasz kierowca udowodnił swój profesjonalizm. Chociaż za każdym razem wydawało nam się, że nami już koniec, za każdym razem kiedy z naprzeciwka nadjeżdzał autobus, jeep, przed oczyma jawiła nam się nieunikniona kolizja, albo kiedy droga była po prostu przedzielona rzeką, albo kiedy były jakieś roboty drogowe, i znaczna część była totalnie rozkopana (znaczy totalnie rozjebana, myślę, że to słowo opisuje dokładniej daną sytuację) każdy z tych momentów wydawał się coraz gorszy, ale za każym razem wychodziłyśmy bez szwanku. Duża zasługa w tym opiekuna autobusu, który skrupulatnie i z pełnym opanowaniem, stoickim spokojem wykonywał swoje obowiązki 😉

Poziom adrenaliny utrzymywał się przez cala 9-godzinną trasę na tak wysokim poziomie, że w ogóle nie czułam głodu. Dwa ciastka na śniadanie okazały się wystarczajace.

Po około 7 godzinach jazdy droga stała się bardziej przyjazna, bardziej znośna, nieco szersza i trochę mniej wyboista. Czuć było różnicę. Nawet udało mi się na chwilę zdrzemnąć.

Gdzieś około godizny 16:00 dotarłyśmy do Jomsom. Sponiewierane, wytłuczone, wykończone, ale cholernie szczęśliwe. Z obolałymi mięśniami i lekko wciąż drżącymi nogami wysiadłyśmy z autobusu. To było niezapomniane doświadczenie i teraz możemy się z tego tylko śmiać.

Zabrałyśmy nasze plecaki, a ja tylko powiedziałam do Emilii: „nigdy więcej” 😀

Wczesnym wieczorem kiedy wszystkie emocje opadły, zjadłyśmy porządny obiad i udałyśmy się na spacer po Jomsom. Uwielbiam to inne powietrze, górskie, takie rześkie i chłodne, takie świeże. Jomsom to wioska otoczona Himalajami leżąca na wysokości około 2700 m.n.p.m. Znajduje się tu kilka hoteli, domków, kilka malutkich kiosków i lotnisko. Nic więcej. Niezmiernie miło spacerowało się wokół i podziwiało cudne widoki. To było nasze pierwsze spotkanie z odległą himalajską wioską (czy też maleńkim miasteczkiem) i wydawało nam się, że tam nic nie ma, że jest tak pusto. Jak się później przekonałyśmy Jomsom w porównaniu z innymi wioskami, które zwiedziłyśmy na trasie trekkingowej było narpawdę cywilizowanym miejscem.

 

 

c.d.n.

Czerwiec, 2014

*opiekun autobusu (tak go z Emilią nazwałyśmy) 🙂 -w Neplau, w każdym jednym lokalnym aubosuie znajduje się, powiedzmy, pomocnik kierowcy, który stoi przez całą trasę w drzwiach, drzwi autobusu są oczywiście podczas jazdy otwarte. Z tego co zaobserwowałyśmy, jego zadaniem jest sprzedawanie biletów, albo, w ekstremalnych sytuacjach, pełni on rolę pomocnika, przewodnika, pomaga kierowcy w sytuacji kiedy boczne lusterko nie daje wystarczająco dobrej widoczności, żeby przebrnąć przez trudną część trasy.

No Comments

Leave a Comment