Lot planowany był na 6:30. Wstałyśmy o 4 rano, a ponieważ położyłśmy się bardzo późno spać miałam wrażenie, że spałam niecałą godzinę. Na wpół śpiąca pakowałam śpiwór, poduszkę i resztę rzeczy, których nie mogłam spakować wieczorem. Zeszłyśmy na dół i oczywiście nie mogło obyć się bez niespodzianki.

Główne drzwi od hotelu były zamkniętne na klucz. Na recepcji nie było nikogo, nie było też żadnego dzwonka, żeby zadzwonić, nie wiedziałyśmy też, w którym pokoju śpi obsługa hotelu. Co z tego, że poinformowałyśmy ich poprzendiego dnia, że wyjeżdżamy o 4 rano, co z tego, że nawet sami zamówili nam taksówkę na tak nieludzką wczesną porę, chciało im się po prostu spać więc postanowili się zdrzemnąć, a informacja, że recpecja jest otwarta 24h na dobę jest dawno nieaktualna jak się okazało. Usiadłyśmy na sofie przy recepcji i przyznam szczerze, że o 4:30 rano myślenie nie przychodzi łatwo i ciężko było wyjść z jakimś sensownym rozwiązaniem. Na szczęście Emilia zobaczyła, że drzwi prowadzące do ogrodu były otwarte, z trudem wyszła na całkiem wysoki  płot, skoczyła na drugą stronę i dzięki temu mogła zadzwonić dzwonkiem do hotelu od zewnętrznej strony. W końcu jeden z recepcjonistów zszedł na dół, z szerokim uśmiechem przywitał nas, życzył miłego dnia i podziękował za pobyt. Z podziwem patrzyłam na jego zadowoloną twarz, gdyż było dla mnie nadzywczaj dziwne, że będąc wybudzonym w środku nocy można sę jeszcze tak miło uśmiechać.

Kiedy dotarłyśmy na lotnisko, było jeszcze zamknięte, ale na szczeście nie musiałyśmy długo czekać, w ciągu zaldewie 20 minut byłyśmy już w środku. Lotnisko w Pokharze jest bardzo małe i bardzo prymitywne, jak z resztą wszystko w Nepalu. Stanowiska do check-in wyglądały jak stragany bazarowe, wagi, które służyły do ważenia bagaży, w Europie można zobaczyć już chyba tylko w muzeum. Nie było żadnej taśmy bagażowej, wszystkie walizki i plecaki rzucone zostały na wózek i przetransportowane do samolotu. Całkiem zabawnie wyglądała kontrola bezpieczeństwa. Na pokład można wnieść właściwie wszystko. Przed bramką znajowały się dwa osobne wejścia(według płci). Wyglądały bardziej jak przymierzalnie sklepowe. Wchodzi się za zasłone, gdzie pracownik lotniska pyta cię czy masz ze sobą zapalniczkę albo jakieś ostre narzędzia, po czym dotyka leniwie twój plecak(trudno nazwać to sprawdzaniem zawartości bagażu) po czym życzy miłego lotu. Oczywiście na międzynarodowym lotnisku w Kathmandu kontrola jest dużo bardziej restrykcyjna, ale tutaj na malutkim lotnisku  była ekstremalnie prymitywna.

Czekałyśmy na samolot razem z grupą hinduskich pielgrzymów, którzy także wyruszali do Jomsom, by stamtąd udać sie do świętego, zarówno dla wyznawców hinduizmu jak i buddyzmu, Muktinath. Moje powieki ważyły ponad 100 kg i ciężko było momentami trzymać otwarte oczy. Moja głowa od czasu do czasu mimowolnie spadała, jednak siedzenia w poczeklani nie były wystarczająco wygodne i nie pozwalały na sen dłuższy niż kilka minut. Miałyśmy złe przeczucie co do naszego lotu. Niebo było zachmurzone, a wiedziałysmy, że niekorzystne warunki pogodowe są tutaj częstą przyczyną odwołania lotów. Próbowałyśmy uzyskać jakieś informacje, ale jedyne co słyszałyśmy to prośba o cierpliwość, ponieważ wciąż jest szansa na to, że za chwilę niebo będzie krystalicznie czyste. Mijały kolejne godziny, nasza irytyacja była coraz bardziej intensywna, a perspektywa, że dostaniemy się do Jomsom jeszcze dzisiaj z każdą minutą była coraz bardziej odległa.

Po około czterech godzinach czekania obsługa lotniska uprzejmie poinformowała, że dzisiejszy lot został odwołany i że być może jutro warunki będą bardziej sprzyjające. Być może… a być może stracimy kolejny dzień czekając na lot, który, być może, znów będzie odwołany. Być może jebnie deszczem, bo w końcu zbliża się monsun, być może nie wyjedziemy z Pokhary przez kolejne kilka dni. Jednej rzeczy byłyśmy na 100 % pewne: nie czekamy ani jednego dnia dłużej. Naszym priorytetem było teraz odzyskać pieniądze za bilet i dowiedzieć się w jaki sposób można dostać się jeszcze dziś do Jomsom. W drodze do centrum, taksówkarz poinformował nas, że jest możliwość dotarcia taksówką do Beni (około 83 km od Pokhary, niewiele ponad 3 godziny jazdy) i stamtąd złapać lokalnego busa lub wynająć jeepa, żeby dostać się do Jomsom. Ten plan brzmiał dla nas cudownie i w całej naszej naiwności i entuzjaźmie uwierzyłyśmy, że możemy jeszcze dziś dotrzeć na miejsce.

Trasa do Beni była całkiem spokojna. Im wyżej znajdowałyśmy się tym piękniejsze krajobrazy ukazywały się naszym oczom. Najlpesza i najbardziej ekscytująca myśl w mojej głowie była taka, że jest to dopiero początek i przedsmak zapierających dech w piersiach scenerii. Jedynie droga była nieco wyboista i było to, powiedzmy, dodatkową atrakcją na tylnym siedzeniu, jednak w porównaniu z naszą kolejną jazdą i kolejną trasą ta droga była naprawdę równa niczym asfalt.

Wysiadłyśmy w Beni na parkingu, który był centralnym punktem tej malutkiej wioski. Pierwszą rzeczą którą zrobiłam to zdjecia, gdyż góry, które otaczały wioskę ze wszystkich stron były naprawę imponującym widokiem. Niestety nie udało mi się uchwyćić w pełni tego czarującego krajobrazu, bo jednak, by dostrzec piękno cudów natury trzeba zobaczyć je po prostu na własne oczy.

Lokalni taksówkarze natychmiast otoczyli nas z nadzieją na całkiem spory zarobek, jednak ceny za jeepa do Jomsom były znacznie wyższe niż ceny za bilet lotniczy z Pokhary. Najdziwniejszym był dla nas fakt, że ani jeden taksówkarz nie chciał się z nami targować, nie chcieli nawet słyszeć o zniżce, o mniejszej kwocie niż cena wyjściowa (jak to, Nepal i nikt nie chce się targować? ) Otwarcie przyznali, że nie mogą zaoferować żadnej zniżki, ponieważ dalsza część drogi z Ghasa do Jomsom jest bardzo niebezpieczna. Nie chciałyśmy płacić tak dużo za jeepa i zdecydowałyśmy, że pojedziemy lokalnym busem. Umierałyśmy z głodu, ponieważ przez całe to zamieszanie nie miałyśmy nawet czasu na jedzenie, jedynym naszym posiłkiem było kilka ryżowych wafli o 5 rano. Naszym priorytetem dziś było dostać się do nieszczęsnego Jomsom więc zanim zdecydowałysmy się na cokolwiek do jedzenia, pierwsze chciałyśmy kupić bilety na autobus. Kilkuletni chłopiec, który sprzedawał na parkingu wodę wskazał na różową blaszaną budę, w kórej znajdowała się kasa biletowa.

Poszłam więc i zaptyłam, o której odjeżdża najwcześniejszy autobus do Jomsom. Pan, który siedział z budce zajęty był wypisywnaiem jakiegoś papieru, ale kiedy tylko usłyszał moje pytanie, podniósł głowę, spojrzał na mnie lekko zadziwiony moim głupim pytaniem i po kilku sekundach odpowiedział ze stoickim spokojem:

There’s no fixed time

Spojrzałam na niego z jeszcze większym zdziwieniem niż on patrzył na mnie i z lekką irytacją z głosie, chyba nie do końca rozumiejąc co autor ma na myśli, zapytałam:

but how?

-people come, bus go– uprzejmie odpowiedział i widząc, że na mojej twarzy maluje się coraz większe zdziwienie dodał:-we need 20 people then bus can go. For now we have 4 so still we need 16.- zapisał na kartce po nepalsku numer 4, żeby upewnić się, że tym razem dobrze go zrozumiałam.

but maybe you can tell me whether it will be today or tomorrow– zapytałam w nadziei, że uzyskam odpowiedź, która pozwoli nam minimalnie zaplanować najbliższe godziny

maybe today, maybe tomorrow, you must wait, but tomorrow morning at 6 a.m. one bus will go for sure– odpowiedział po czym wrócił do swojego poprzedniego zajęcia, którym jak szybko zauważyłam, było ręczne wypisywanie biletów (oczywiście przy użyciu kalki)

may I buy a ticket for tomorrow?

ticket for tomorrow you can buy tomorrow, not today.

Już nawet nie zapytałam dlaczego, bo pewnie nie usłyszałabym żadnego racjonalnego wytłumaczenia dla tej reguły. Poza tym byłam już zmęczona, głodna, a ta dyskusja nie prowadziłado  żadnych sensownych wniosków.

Odeszłam od kasy biletowej, a Emilia zapytała:

i co powiedział?

„there’s no fixed time…”

Z jednej strony mogłyśmy kupić bilet i czekać z nadzieją, że zbierze się 20 osób i że autobus odjedzie jeszcze dziś, ale z drugiej strony było już około 15:00 i poza tym obiecał nam, że „fixed time” będzie jutro więc uznałyśmy, że zostaniemy tutaj na noc, zjemy normalny obiad i trochę odpoczniemy.

Rozejrzałyśmy się wokół. Cała wioska mieściła się w zasięgu wzroku. Weszłyśmy do pierwszego hotelu, który ukazał się naszym oczom, z reszta nie było tutaj zbyt dużego wyboru. Był bardzo tani, ale też trochę brudny. Mała, zabałaganiona łazienka bez ciepłej wody oczywiście, dwa pojedyncze skrzypiące łóżka i wrzeszczący Hindusi za ścianą. Zamiast szyby w oknie była metalowa siatka. Jakoś nam to nawet zupełnie nie przeszkadzało, byłyśmy okropnie zmęczone, niewyspane, czułam, że mogłabym zasnąć gdziekolwiek. Każde łóżko w tym momencie było niczym królewska sypialnia.

Szukałyśmy jakiejś restauracji, ale, podobnie jak z hotelami, nie było zbyt dużego wyboru. Wszystkie świeciły pustkami, co raczej nie zachęca do skorzystania z ich usług, ale z drugiej strony w takim miejscu jak Beni, gdzieś na totalnym odludziu, gdzie turyści zatrzymują się tylko przypadkiem, z konieczności (jak my) nie było sensu analizować, która restauracja oferuje lepsze menu. Usatysfakcjonował nas fakt, że miejsce było czyste, z otwartą kuchnią. Kelnerka siedziała z małą dziewczynką na kanapie. Kiedy weszłyśmy do środka była totalnie zaskoczona naszym widokiem, na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, że jest to dobra okazja do zarobienia paru groszy w nieco martwym już sezonie. Dała nam kartę z daniami, ale chyba tylko po to, żeby zaprezentować, że takową posiadają, bo jeszcze zanim zdążyłyśmy ją otworzyć, poinformowała nas, że mogą tylko zaoferować nam ryż z kurczakiem i warzywami, ponieważ nie mają składkinków, żeby przygotować inne dania. Było nam wszystko jedno, byłyśmy tak głodne, że nie miałyśmy specjalnych preferencji co do posiłku.

Po obiedzie wybrałyśmy się na spacer wokół Beni, żeby zobaczyć jak ludzie tutaj żyją. Nie mógł to być długi spacer, gdyż cała wioska składała się z jedej ulicy, na której znajdowały się wszsytkie stragany, kioski, sklepiki. Kilka godzin to zdecydowanie za mało, żeby wyciągać jakieś wnioski na temat życia tutaj, ale po tym krótkim spacerze odniosłam dziwne wrażenie, że ludzie tutaj nie oczekują kompletnie niczego od życia. Wydawali się być śmiertelnie znudzneni wszystkim tym co dzieje się wokół nich (a raczej tym, że nie dzieje się kompletnie nic) Gdziekolwiek nie spojrzałam widziałam jedynie twarze pozbawione najmniejszej iskry nadziei, bezcelowe siedzenie na ulicach i czekanie na ósmy dzień tygodnia.

***

Ciemność zawitała bardzo wcześnie do wioski, nie było prądu więc na ulicach nie było praktycznie nic widać, jednak ludzie nie rozeszli się do domów. Nadal siedzieli przed swoimi sklepikami, na chodnikach, na ulicach. Świeczki, które zapalili w swoich budkach dawały minimalne oświetlenie na skromny towar na półkach sklepowych. Dzieci nadal grały w piłkę na środku ulicy. Jeszcze przez krótką chwilę powłóczyłśmy się po wiosce, ale tuż przed 21:00 byłyśmy już w hotelu. Zmęczone, po długim, wyczerpującym dniu potrzebowałyśmy odpoczynku przed dniem jutrzejszym, który jak się okazało, dostarczył nam zupełnie niespodziewanego, ekstremalnie wysokiego poziomu adrenaliny.

c.d.n.

Czerwiec, 2014

1 Comment

Leave a Comment