Wysiadłyśmy z autobusu w Pokharze i natychmiast zostałyśmy zaatakowane przez dziesiątki taksówkarzy i agentów turystycznych, którzy chcieli sprzedać nam najlepszą ofertę. Jeden z nich był wyjątkowo uparty i pomimo naszej początkowej odmowy nie chciał ustąpić, niemalże wcisnął mi w dłoń swoją wizytówkę, w przeciągu zaldewie minuty zaprezentował swoje skrócone CV i pobiegł do autobusu, by wyciągnąć nasze plecaki. Ostatecznie zgodziłyśmy się na jego ofertę, gdyż cena hotelu była atrakcyjna, a poza tym był on polecany był przez Trip Advisor. Dodatkowo ten właściciel pomógł zorganizować nam pozwolenie na trekking i bilety do Jomsom więc dzięki temu miałyśmy trochę czasu dla siebie i mogłyśmy trochę pospacerować po Pokharze, która jest zupełnie inna niż Kathmandu. Bardziej cicha, bardziej spokojna i przede wszystkim ulice są czystsze.

Hotel był bardzo przytulny i spokojny, znacznie lepszy od tego, który miałyśmy w Kathmandu i aż dziwnym był fakt, że tutaj, w Pokharze, za taki hotel cena było znacznie niższa niż za bardzo biedny, ubogi i nieco oddalony od centrum pokój w stolicy Nepalu.

Jedynym problemem była temperatura. Było chyba 40 stopni. Duchota, ciężkie powietrze, nie było nawet lekkiego podmuchu wiatru. Siedziałyśmy w pokoju zalane potem, mokre ubrania przyklejały nam się do ciała. Nawet nie chciało nam się ruszać. Wiatrak, który zainstalowany był na suficie w tym momencie nie działał, bo nie było prądu. Brak prądu bowiem to w Nepalu normalna sytuacja, wyłączany jest czasami nawet kilka razy dziennie, natomiast wieczorami brak prądu to gdzieniedzie standard. I kiedy tak sobie siedziałyśmy umierając z przegrzania nagle usłyszałyśmy dźwięk spadających kropli deszczu, uderzających o taras, z którego rozciągał się uroczy widok na Pokharę. „Co za szczęście!”, „Co za ugla!”, „Co za błogosławieństwo!” w końcu można normalnnie oddychać. Poszłyśmy do restauracji na późny obiad i szłyśmy w deszczu, bez parasola, bez kurtki przeciwdeszczowej, chciałyśmy poczuć ten deszcz i cieszyć się nim na wszystkie możliwe sposoby. Nie pamiętam kiedy po raz ostatni deszcz spowodował u mnie aż tyle radości.

Następnego dnia obudziłyśmy się nieco późno, bo około 10, ale w końcu odespałyśmy pierwsze szalone trzy dni z zagubionym bagażem i szokującym Kathmandu w tle. Okropnie jest budzić się o tak późnej porze kiedy w pokoju jest chyba z 50 stopni i słońce nagrzewa pomieszczenie niczym 10 kaloryferów ustawiownych na maksymalną temperaturę.

Po krótkim spacerze po mieście rozbolała mnie głowa, chyba po prostu przez wyjątkowo nieznośny upał. W popołudniowym planie miałyśmy odwiedzić jeszcze pobliską tybetańską wioskę. W normalnych okolicznościach ból głowy prowadzi mnie automatycznie do łóżka i cokolwiek by się nie działo muszę po prostu iść to przeleżeć, ale tym razem pomimo , że nie mogłam tego pulsującego bólu pod czaszką zwalczyć żandymi paracetamolami uznałam, że nie pójdę spać, bo już później nigdy więcej mogę nie mieć okazji znaleźć się w tej tybetańskiej wiosce i ciekawość zwiedzenia jej była silniejsza niż ten okropny ból.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła nam się w oczy tuż po przybyciu do wioski były rzędy straganów, gdzie Tybetańczycy sprzedawali ręcznie robioną bizuterię. Wszyscy sprzedawcy byli w podeszłym wieku. To naprawdę ludzie żyjący w skrajnym ubóstwie. Kiedy spojrzysz na ich pozmarszczane twarze, brak uzębienia, ubiór a raczej łachmany, którymi są przyodziani nie możesz przejść obojętnie. Sprzedaż biżuterii to ich jedyne źródło zarobku. Sprzedają tam naprawę przepiękne, cudowne rzeczy, ale powód dla którego kupiłam tak wiele ich własnoręcznych worobów był taki, ze po prostu zrobiło mi się tych ludzi cholernie żal, ogarnął mnie totalny smutek i współczucie i taka bezradność, że nic nie mogę dla nich zrobić oprócz zakupienia tych kilku bransoletek.

 

Wioska była oazą spokoju. Kiedy poszłyśmy o kilka kroków dalej było tak bardzo cicho, że można było odnieść wrażenie, że to miejsce jest wyludnione. Udałyśmy się na pobliskie wzgórze, co z moim bólem głowy było potrójnym wysiłkiem i zalewdiwe 5 minut spaceru pod górkę było dla mnie niczym godzinny trekking po stromych zboczach. Po zdobcyiu „szczytu” usiadłam na murku i spojrzałam gdzieś w dal, gdzie wzógrza wtapiały się w niebo i pomyślałam sobie o tych wszystkich ludziach mieszkających tutaj, o tym, że oni nie mają kompletnie nic, że żyją w totalnym ubóstwie, skrajnej biedzie i nędzy, a pomimo to potrafią być pogodni i uśmiechnięci i że to chyba dzięki ich głębokiej wierze, że to chyba buddyzm pomaga im czerpać radość z życia, że pomimo wszystkich trudności ci ludzie wciąż znajdują ten wewnętrzny spokój, którego tak bardzo często mi brakuje.

Przed godziną 14:00 zeszłyśmy ze wgórza, gdyż o 14:00 w klasztorze miała odbyć się modlitwa, w której pozwolono nam uczestniczyć. Dali nam koc, na którym usiadłyśmy w kącie i mogłyśmy biernie uczestniczyć i przyglądać się jak modlą się buddyjscy mnisi. To był mój pierwszy raz kiedy odwiedziłam buddyjski klasztor. Kiedy otworzyli drzwi, weszłam do środka, rozejrzałam się wokół i stanęłam jak wryta. Byłam oczarowana, zachywcona, byłam pod ogromnym wrażeniem wnętrza świątyni. Wszystkie malowidła, dekoracje, figurki, świeczki, świeczniki układały się cudowną, magiczną całość. Niestety w wielu klasztorach nie można robić zdjęć, w tym również nie pozwolono nam, za to poniżej zamieszczam zdjęcia z innych.

Ogromną zaletą tego miesjca była temperatura, było chłodo dzięki czemu poczułam się nieco lepiej.

Zaczęli się modlić. Oczywiście nie byłam w stanie zrozumieć ani jednego słowa, ale rytm tej modlitwy był tak relaksujący, tak uspokajający, kojący i przyjazny dla ucha, tak pokojowy, że słuchałam tego z ogromną przyjemnośćią i czułam, że resztę dnia mogłabym spędzić wsłuchując się w buddyjskie rytmy modlitwy. W końcu też przestała boleć mnie głowa, może wreszcie tabletki zaczęły działać, a może po prostu ten orzeźwiający chłód w klasztorze okazał się być zbawienny. Czułam się jak nowonarodzona.

Podczas modlitwy zabawnym było obserwować tych najmłodszych mnichów. Małych, kilkultenich chłopców, którzy ani trochę nie byli zainteresowani w aktywnym uczestniczeniu w modlitwie. Przez cały czas rozmawiali, bawli się i zaczepiali  nawzajem. W każdym klasztorze są mali chłopcy, którzy pobierają nauki, by w przyszłości zostać mnichami. Zapytałyśmy po modlitwie jednego ze starszych mnichów o najmłodszych członków wspólnoty. Okazało się, że oni wszyscy pochodzą z bardzo ubogich rodzin i ponieważ rodzice byli zbyt biedni, żeby ich wychować, zapewnić wyżywienie i edukację oddali ich do klasztorów. Kiedy chłopcy osiągną pewien wiek (nie pamiętam dokładnie czy było to 14, 15 czy 16 lat) mają wybór i od nich zależy czy chcą pozostać w klasztorze i kontynuować edukację czy opuścić go i wybrać inną życiową drogę.

W drodze do kolejnego klasztoru, który znajdował się nieco dalej zaskoczyła nas dość intensywna ulewa. Udało nam się szybko dotrzeć na miejsce i tam przeczekałyśmy deszcz rozmawiając z jednym z mnichów o historii i symbolach znajdujących się w klasztorze, o życiu Nepalczyków i o tym dlaczego Nepalczycy tak całymi dniami potrafią przesiadywać na ulicach nie robiąc kompletnie nic (a przynajmnjej tak to wyglądało z naszej perspektywy) Niestety na ostatnie pytanie mnich nie potrafił udzielić nam odpowiedzi., powiedział tylko „Właściwie to nie wiem, ale faktycznie to jest interesujące” 🙂

Ulewa ustała po niecałej godzinie. Wyszłyśmy na zewnątrz. Powietrze po deszczu było inne; świeże, czystsze i bardziej znośne. Mgła stopniowo opadała. Schodziłyśmy ze wzgórza, żeby dostać się na główną ulicę i złapać taksówkę do Pokhary. W jednym momencie Emilia zatrzymała się i powiedziała:

O, kurwa! Patrz tam!– Spojrzałam przed siebie i chciałam coś powiedzieć, ale przez pierwsze kilka sekund gapiłam się jak zahipnotyzowana. Po chwili powiedziałam tylko:

-To wylgąda tak mało realistycznie, jak jakaś animacja. To były Himalaje, które właśnie wynurzały się zza mgły. Były niewiarygodnie piękne, a ponadto krajobraz robił jeszcze większe wrażenie ze względu na to, że na pierwszym planie rozciągały się wzgórza natomiast potężne góry w tle tworzyły zjawiskowy, nieziemsko cudny kontrast.

Byłam taka szczęśliwa i podekscytowana, że na następny dzień wyruszamy do Jomsom i w końcu zaczniemy trekking wśród najwyższych gór świata. Ale w Nepalu lepiej nie robić szczegółowych planów. Dotarcie do Jomsom okazało sę być nieco bardziej skomplikowane niż przypuszczałyśmy.

c.d.n.

Czerwiec, 2014

4 komentarze

  • Introweska 23 sierpnia 2016 at 00:58

    Rewelacja! Czekam na wiécej☺

    Reply
    • malvibee 23 sierpnia 2016 at 02:32

      Dzięki! Więcej będzie już niebawem 🙂

      Reply
  • peregrino 28 lutego 2017 at 02:11

    w pażdzierniku było sporo chłodniej w Pokhara .. bardzo mi się tam podobało i tak jak napisałaś nagle widok na niesamowity masyw Annapurny .. u mnie tuż przed i po wschodzie słońca ze wzgórz po drugiej stronie jeziora Phewa gdzie zatrzymałem się na nocleg http://peregrino-pl.blogspot.com/2014/12/himalaje-o-wschodzie-sonca.html

    Reply
    • malvibee 28 lutego 2017 at 06:56

      Październik jest zdecydowanie lepszą porą na odwiedzenie Nepalu niż czerwiec właśnie ze względu na pogodę, która w czerwcu momentami była nieznośna, szczególnie, że ja mieszkam w zimnej Holandii więc był to dla mnie pewien rodzaj szoku termicznego 😉

      Reply

Leave a Comment