Budzenie się Amsterdamu z zimowego snu, pierwsze ciepłe dni i pierwsze wiosenne promienie słońca oglądałam zza szyb biurowca.  Codziennie ten sam scenariusz. Wraz ze wschodzącym słońcem wsiadałam do autobusu, kierunek: praca, a kiedy słońce przybierało już ciemnopomarańczową barwę i robiło się coraz mniej widoczne wsiadałam znów do autobusu, który zawoził mnie prosto do mieszkania. Tak właśnie spierdala życie.

Dokładnie rok i miesiąc temu napisałam część pierwszą Rozstania z Holandią(link). Wielu  dalszych znajomych pyta mnie od czasu do czasu czy nadal mieszkam w Holandii czy ten wpis został wyprodukowany jedynie pod wpływem gorszego dnia , chwili emocji, albo że koniec końców odwidziało mi się albo że już zdążyłam zmienić plany, bo te zmieniać się lubią u mnie dość często, ale nie w tym przypadku. Jeśli tak to dlaczego jeszcze się nie wyprowadziłam?

Wszystko rozbija się o kwestie, a jakżeby inaczej, finansowe. Ale od początku.

Jeżeli gdzieś się przeprowadzę to będzie to Turcja. Chociaż przez ostatni rok tak wiele tam się wydarzyło to ani trochę nie zachęca mnie to do zmiany planów. Pomimo wszystkich zdjęć, obrazków i newsów, które widzicie w mediach, życie na ulicach Stambułu jak i w innych miastach Turcji toczy się normalnie. Zaczęłam więc  od szukania w Stambule pracy. Zawodowo zajmuję się eksportem i wszelakiego rodzaju celnymi dokumentami i pomimo wszystkich opinii, że bez języka tureckiego i bez żadnych kontaktów i znajomości nie mam szans na jakiekolwiek zatrudnienie postanowiłam spróbować. Okazało się, że ci wszyscy głoszący te mało optymistyczne opinie mieli rację. Aplikowałam do wielu międzynarodowych firm logistycznych z siedzibą w Stambule i wszystkie odpowiedzi, które otrzymałam były negatywne. Bo język, bo pozwolenie na prcacę, bo nie jestem na miejscu itd.

Resztkami sił, które jeszcze mi pozostały wysyłałam cv kiedy tylko natrafiłam na sensowną ofertę, która dawała mi cień nadziei, że tym razem być może się uda. Nawet przez chwilę zastanawiałam się czy nie spróbować jako nauczyciel języka angielskiego, bo w Turcji o takie stanowisko jest stosunkowo łatwo, ale szybko doszłam do wniosku, że moja psychika za bardzo by na tym ucierpiała. Ja nawet nienawidzę szkolić nowych pracowników, a nie co dopiero zostać zawodowym nauczycielem. Miłość do Turcji to jedno, ale dbanie o własne zdrowie psychiczne jest ważniejsze 😉

Jakoś pomiędzy sierpniem a wrześniem kiedy miałam lekki spadek formy, kiedy znów siedziałam od rana do wieczora w pracy i patrzyłam na letnie promienie słoneczne zza szyb biurowca (a wrzesień 2016 był nadzwyczajnie piękny w Amsterdamie)  któregoś słoneczengo popołudnia dotarło do mnie coś szalenie prostego, ale bardzo ważnego. Pomyślałam sobie:

„kurwa! Przecież to jest bez sensu! Jeżeli znajdę pracę w Stambule (znów w logistyce)  i tam się przeprowadzę to moje życie niewiele bedzie różniło się od tego co mam teraz, a może być nawet gorzej, bo w Turcji prawo pracy nie jest tak przyjazne jak w Holandii, tam nie ma, że nadgodziny się robi jak się chce i że ci za to płacą, tam kiedy trzeba to się zostaje do bardzo późna i nie ma, że boli, no i w dodatku przez pierwszy rok nie ma się w ogóle urlopu! Co mi przyjdzie z cudownego Stambułu jeżeli będę oglądać go zza szyb biurowca, a po pracy będę padać na ryj tak boleśnie, że nie będę mieć siły ani czasu nawet na krótki spacer?!”

Nie chcę ciągle powtarzać tego samego schematu, bo czy będzie to Amsterdam, Barcelona  czy Stambuł będzie to wciąż dzień świstaka, proza życia, ten sam scenariusz. A ja takim życiem jestem po prostu zmęczona, godzinami spędzonymi w pracy, krótkim weekendem, poniedziałkowym syndromem, wiecznym brakiem czasu dla siebie pomimo przestudiowania setek stron i stosowania różnych technik zarządzania czasem.

Nie chcę tutaj narzekać, bo wiem, że dla wszystkich doba ma wciąż tylko 24 godziny, ale jednak 9 godzin w pracy ponad godzina na dojazdy (obie strony) a do tego jeżeli trzeba zostać w pracy dłużej to w sumie 12 godzin z 24 to praca, która, dodajmy, nie jest pracą moich marzeń. Nie jestem robotem i nie zawsze dam radę przyjść do domu i napisać post na bloga, pouczyć się tureckiego, poczytać książkę, ugotować obiad, pobiegać, pójść na siłownię itd. Nie mam póki co tego komfortu, że moja praca jest moim hobby, że zarabiam na pasji i każdy dzień jest cudownie kolorowy i pełen niezapomnianych przygód. Czasami mój dzień wręcz synchronizuje się z klimatem i jest szary niczym holenderskie niebo.

Potrzebuję przerwy, ucieczki od takiej codzienności. Tylko jak się z tego wyrwać chociaż na chwilę? To wbrew pozorom jest proste. Wszyscy kiedyś to robiliśmy tylko w skali mikro i większość z nas już o tym zapomniała, bo wydorośleliśmy i przytłoczyły nas obowiązki dnia codziennego i już nie pamiętamy co sprawiało nam frajdę kiedy nie chciało nam się siedzieć na nudnych lekcjach w szkole.

Wagarowanie!

 Ale w tym przypadku nie takie jedno czy kilkudniowe, takie dłuższe jak przystało na życiowe wagary. Wagary od codziennej rutyny.

Moje wagarowanie miało zacząć się już w tym roku we wrześniu/październiku, ale zdecydowałam się na małą, konieczną inwestycję, która kosztuje mnie  4000 euro, dodatkowo musiałam zainwestować w nowego laptopa, muszę kupić jeszcze nowy aparat, bo moja cyfrówka nadaje się już do muzeum i aktulanie smartfon jest moim aparatem, a do tego wypadł mi niedawno niespodziewany wyjazd do Polski, a wiadomo jak się rezerwuje bilety w ostatniej chwili to ceny potrafią niemile zaskoczyć i tak o to suma na moim koncie  oszczędnościowym trochę stopniała przez co moje wymarzone życiowe wagary opóźnią się o kilka miesięcy, czyli do początku 2018 roku.

A póki co 2017 rok będzie upływał mi na conajmnniej jeszcze  trzech wizytach w Turcji podczas, których będę realizować pewien projekt, o którym na razie nie chcę szczegółowo mówić, ponieważ sukces tego przedsięwzięcia w pewnym stopniu zależy od pomocy Stambulczyków więc zawsze istnieje ryzyko, że coś pójdzie nie tak i się spieprzy. Ale dzięki tym wizytom  będę  trochę mniej tęsknić za Stambułem zanim udam się tam roczne  na wagary.

No dobra, ale co ja tam właściwie chcę przez rok robić skoro nie będę pracować?

Właśnie dlatego potrzebuję całkiem przyzwotią kwotę, żeby po prostu bezstresowo nie robić nic poza kursem tureckiego, pisaniem bloga, czytaniem książek, leżeniem nad Bosforem i totalnym relaksem.

1 Comment

  • Charlie 3 maja 2017 at 02:28

    Trzymam mocno kciuki za wagary, nie ma nic przyjemniejszego niż właśnie taki odpoczynek od życia dla życia 🙂

    Reply

Leave a Comment