2016 rok przywitałam w Kolonii, gdzie pojechałam na zaproszenie siostry mojej mamy (dzięki!). Z Kolonii zawsze przywożę super wspomnienia i tamta sylwestrowa noc była zdecydowanie jedną z najfajniejszych i najzabawniejszych. Na szczęście nie poszliśmy wtedy na miasto i zostaliśmy w domu (nie lubię masówek, kiedy tysiące pijanych ludzi otwiera szampana i rzuca butelkami) i cokolwiek się wówczas nie działo w centrum Kolonii nas w żaden sposób to nie dotknęło.

Po Kolonii przyszedł czas na Stambuł raz jeszcze. Był środek stycznia i akurat Stambuł zasypany był śniegiem. Przez pierwsze kilka dni było tak mroźno i zimno, że nawet ja chodziłam w czapce, chociaż normalnie nigdy czapki nie noszę (nie wiem o co chodzi, ale noszenie czapki wywołuje u mnie automatycznie ból głowy). To po tej dwutygodniowej wycieczce totatalnie oszalałam na punkcie Stambułu. Wszystkie teksty na temat Stambułu możecie znaleźć tutaj.

W lutym poszukiwałam intensywnie mieszkania, gdyż moja wspólokatorka miała zamieszkać ze swoim chłopakiem. Jednak ten biedny chłopak kiedy uświadomnił sobie powagę całej sytuacji uznał, ze poważne związki nie są dla niego a ja, ponieważ niczego ciekawego nie znalazłam postanowiłam jeszcze trochę zostać w obecnym miejscu zamieszkania, które w marcu i kwietniu pzyprawiło mnie o poważny ból głowy. Remont, który miał trwać dwa tygodnie przeciągnął się do dwóch miesięcy. Wszystko z powodu cholernego pecha, potrójnego zalania mieszkania, potrójnego zwywania nowo położonego laminatu i innych ciekawych sytuacji, które sprawiły, ze mieszkanie absolutnie nie nadawało się do użytku i tak oto zostałam chwilowo bezdomna i pomieszkiwałam w sobie hotelach w Amsterdamie.

Po koniec marca pojechałam do Polski na kilka dni, na Wielkanoc i chrzest córki mojego brata. Dwa tygodnie później w bardzo przykrych okolicznościach znów znalazłam się w Polsce. Niespodziewanie zmarła moja babcia. Pierwszy raz doświadczyłam tego najgorszego uczucia utraty bardzo bliskiej osoby.

Pamiętam, że czekałam wtedy w Monachium na lotnisku na samolot do Krakowa i miałam straszny burdel w głowie. Przerwacałam kartki książki o historii Amsterdamu, którą kupiłam kilka godzin wcześniej na lotnisku na Schipholu i mimo próby skupienia się na treści kompletnie nie pamiętam o czym czytałam, myślami byłam zupełnie gdzieś indziej. Jeszcze dwa tygodnie temu siedziałam z moją babcią przy jednym stole podjadając czekoladowe wielkanocne jajka, śmiejąc się, żartując, a dziś siedzę na lotnisku w totalnej rozsypce i jadę na jej pogrzeb.

Jedyne co udokumentowałam na blogu z tamtych pobytów w Polsce to burdel na Balicach, o którym możecie przeczytać tutaj.

Jakoś pod koniec kwietnia przytłoczona tymi wydarzeniami i niekończącym się remontem pojechałam w któryś weekend do Brukseli, żdeby po prostu popatrzeć na coś innego. O Brukseli pisałam tutaj.

Pod koniec maja przyszło kolejne rozczarowanie, które trochę mną potrząsneło, lekko sponiewierało i mocno wkurwiło i chociaż dziś mogłabym powiedzieć, że emocje dawno opadły to i tak czasami podnosi mi się ciśneinie kiedy o tym wzystkim myślę. O tych wydarzeniach możecie przeczytać tutaj.

Byłm w lekkim dołku i wtedy uratowała mnie moja dobra znajoma z czasów studenckich Bożena (dzięki!), która niespodziewanie zaproponowała mi wypad do Budapesztu. I tak oto na początku czerwca wylądowałam w stolicy Węgier. Wyjazd gdziekolwiek- to było najlepsze co mogłam wtedy zrobić. W Budapeszcie tak super się bawiłam, że był to zdecydowanie jeden z najlepszych wypadów w ogóle. Pomimo że wycieczka była krótka, to przynajmniej na chwilę pozwoliła oderwać mi się od codzienności i pozwoliła trochę podładować baterie. O Budapeszcie przeczytacie tutaj.

Tuż po powrocie z Budapesztu moja dobra znajoma Marta zaproponowała mi wypad na Węgry na festiwal O.Z.O.R.A. (Dzięki Marta!) Nie moja muzyka, nie moje klimaty, ale pomyślałam, że co tam, ważne, że jadę z fajnymi ludźmi. I chociaż, jak wspomniałam, festiwalowa muzyka nie była totalnie dla mnie to tydzień spędzony na festiwalu był naprawdę superfajny. Cudowne upalne lato, beztroski tydzień nicnierobienia, odcięcie od świata, spanie pod namiotami i popijanie węgierskiego wina domowej roboty. Czy można chcieć czegoś więcej? O tym wyjeździe wspominałam tutaj.

Po festiwalu wróciłam na cztery dni do pracy i zaraz potem znów na zaproszenie siostry mojej mamy pojechałam do Niemiec do cudownego regoniu położonego nad rzeką Mosel, słynącego z produkcji, według mnie, najlepszego wina na świecie. Pojechałam tam oczywiscie na festiwal wina (a jakże!) 😀 Uwielbiam lokalne, małomiasteczkowe, wiejskie festyny. Nie wiem do końca czym mnie tak bardzo urzekją, ale mają taki osobliwy urok, który przyciąga niczym magnes.

(Nie wiem dlaczego relacja z tego festiwalu nie znalazła się na blogu).

Wróciłam z Niemiec z założeniem, że to był naprawdę ostatni wypad w tym roku. Uznałam, że w końcu musze trochę podreperować budżet, który nieco zubożał przez te wszystkie wyjazdy. Nie wiem czy to brak perspektywy wyjazdu, czy końcówka lata sprawiło, że trochę wszystkiego mi się odniechciało i zupełnienie nie wiedziałam jak się tego paskudnego uczucia pozbyć. Przez ten czas żyłam w jakimś dziwnym półśnie. W takim, w którym stoi się jedną nogą nad przepaścią i kiedy nadchodzi moment upadku, spadania w dół to jest moment pobudki, tylko że ja nie mogłam się z tego półsnu wyrwać i tak wisiałam sobie jedną nogą nad tą przepaścią nic z tym nie robiąc.

W międzyczasie pojechałam na kilka dni do Polski i była to fajna odskocznia i to już miał być już naprawdę ostatni wyjazd w tym roku, ale…przecież ja nie potrafię żyć bez Stambułu. Stambuł to było coś, czego przez cały czas mi brakowało. Miałam ostatnie 4 dni urlopu. Kupiłam bilet i w połolwie listopada, po prawie roku przerwy wylądowałam ponownie w Turcji. Stambuł pozytywnie mnie nakręcił i magicznie sprawił, że wybudziłam się z tego męczącego półsnu. Podczas tego pobytu w końcu udało dotrzeć mi się do Ankary i odwiedzić Mauzoleum Ataturka, o czym pisałam tutaj.

W grudniu wszyscy w mojej pracy oszaleli i ostatni miesiąc w roku upłynął mi na zmęczeniu i nadgodzinach. Dwa dni temu zadzwoniła moja znajoma i w trakcie rozmowy zapytała co robię w sylwestra. I wtedy dotarło do mnie, że właściwie to nie mam żadnych planów. Przez ten cały pierdolnik w pracy zapomniałam totalnie o sylwesrowej nocy.

Perspektywa siedzenia w domu nie była dobrą opcją, bo w momencie kiedy wszyscy świętują i żegnają stary rok i witają nowy byłoby trochę głupio siedzieć samemu z laptopem w łóżku. W każdy inny dzień roku taka opcja na wieczór jest ok, ale nie w sylwestra! Sprawdziłam szybko tanie polączenia gdziekolwiek, ale było zdecydowanie za późno na złapanie okazyjnych cen lotów. Na szczęście okazało się, że mogę znów pojechać do Kolonii (dzięki!) i tym pozytywnym akcentem, zupełnie jak rok temu tam właśnie przywitam 2017 rok.

Życzę Wam udanej sylwestrowej nocy i szampanskiej zabawy!

Cheers!

No Comments

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.